Sycylia – Palermo i północno-zachodnie wybrzeże
Wrocław – Palermo – Monreale – Trapani – Erice – Monte Cofano – Segesta – Castellammare del Golfo – Rezerwat Zingaro – Wrocław
czas: 7 dni
termin: 24.12.2023 – 31.12.2023
Sycylia chodziła nam po głowach już od dłuższego czasu. Postanowiliśmy ją ugryźć, a przynajmniej jej kawałek, w przerwie świątecznej. Grudzień to świetny czas na wyjazdy do miejsc, gdzie w lecie jest za gorąco. Mieliśmy już takie doświadczenia z naszym świątecznym wyjazdem do Maroka i doskonale to wspominamy. Pakujemy podręczne plecaki i w drogę!
Dzień 1 | Wrocław – Palermo
Pobudka w środku nocy bo lot zaplanowany jest na 6 rano 🙂 Jest ciemno, zimno i śnieży…




Nie wygląda to dobrze. Z lekkim opóźnieniem wchodzimy jednak na pokład i tu spotyka nas niemiła niespodzianka ponieważ okazuje się, że samolot jest oblodzony i muszą go „odlodzić” przed startem… Trwa to w sumie około 6 godzin, bo nie tylko my mamy taki problem i jest kolejka.


O dziwo jakoś wszyscy wytrzymują to spokojnie, część przysypia, część obserwuje akcję przez okna. W końcu lecimy! W stronę słońca!



Lądujemy na przedmieściach Palermo. Lotnisko Punta Raisi leży przy samym wybrzeżu więc widoki z okien samolotu cieszą oczy i napawają radością na tą przygodę. Z lotniska jest bezpośrednie połączenie kolejką Trenitalia do centrum Palermo, a z okien podziwiać można górzyste okolice. Podróż trwa ponad godzinę, a kolejka jedzie raz na powierzchni, a raz pod ziemią. Decydujemy się wysiąść na stacji Palermo Palazzo Reale-Orleans, bo stąd mamy bliżej do wynajętego apartamentu, ale nie jest to dobry pomysł… Na powierzchnię wychodzimy jakimś zapomnianym przez Boga wyjściem, na którym wala się pełno zużytych strzykawek i śmieci… Nie jest to dobre pierwsze wrażenie. Spacerem próbujemy wymazać nieprzyjemne widoki i dać temu początkowi drugą szansę. Na szczęście przychodzi szybko.
Palermo




Nocleg mamy zarezerwowany w apartamencie niedaleko targu Mercato Ballarò. Jak się potem okaże, nie jest to łatwa dzielnica i na pewno nie dla wszystkich. Donna Isabella Apartment okazuje się jednak prześliczny! Znajduje się w starej kamienicy i w środku jest piękny odrestaurowany drewniany sufit. Mieszkanie jest obszerne, gustownie urządzone, z antresolą. Bardzo miła właścicielka przekazuje nam klucze i opowiada krótko co zobaczyć i gdzie nie zapuszczać się po zmroku – na prawo tak, na lewo nie 🙂
Ruszamy na kolację wigilijną!




Sycylijczycy nie obchodzą Wigilii tak jak Polacy. Większość restauracji jest otwarta, ludzie sobie siedzą, jedzą i piją. Jest piękna słoneczna pogoda, wakacyjna atmosfera. Jesteśmy już bardzo głodni więc siadamy w jednym z lokali na Via Maqueda – Maqueda Bistrot – i świętujemy! Przystawki, lokalna pasta i sycylijskie wino. Jest pysznie i wakacyjnie. O to chodziło!
Posileni i odpoczęci ruszamy na eksplorację Palermo, kierując się oczywiście w pierwszej kolejności w stronę portu – na przywitanie z Morzem Tyrreńskim.




Uliczki starego miasta są bardzo klimatyczne, chociaż większość kamienic wygląda na nigdy nie remontowane. Na pewno jednak nie jest to tylko turystyczne miasto. Mieszkają tu ludzie i to wielu narodowości, wisi pranie, gotują się obiady. Jest po sezonie, dzięki temu turystów widać mało, za to w przewadze są lokalsi i zapewne przyjezdni Włosi.




Docieramy do mariny. W porcie stoją uśpione żaglówki i łodzie. Wanty uderzają rytmicznie o maszty na lekkim wietrze. Zatrzymujemy się na chwilę na małej plaży, eksplorując brzeg w poszukiwaniu ciekawych kamyczków i obserwując jak słońce zniża się ku zachodowi.






Szwendamy się jeszcze trochę po sennych, wieczornych uliczkach Palermo, wpadamy na drinka i podziwiamy fontannę Pretoria nocą.








Około 19 jesteśmy już wykończeni przygodami i wracamy do apartamentu. Podziwiamy jednak również przez okno urok dzielnicy po zmroku.




Dzień 2 | Palermo
Rankiem budzą nas śpiewy dziecięcego chóru puszczane z głośników przez sąsiadów 🙂 Prawdopodobnie jakieś okazjonalne pieśni, bo jest pierwszy dzień świąt. Nad nami bezchmurne niebo i piękne zimowe słońce. Ruszamy na zwiedzanie Palermo.




Zaczynamy od targu Mercato Ballarò, niedaleko którego mieszkamy. Jednak przelatujemy go dość szybko, zaliczając tylko szybką kawę i słodkie, lokalne specjały w ramach śniadania. Na targu królują owoce morza i inne, czasami dość dziwnie wyglądające stwory. Zapachy są mocno intensywne. Klimat dla koneserów raczej 🙂


Kawałek dalej, w odrapanym i zaśmieconym podwórku, trafiamy na fajny mural San Benedetto il Moro oraz, po drugiej stronie placu na Antica Torre d’Acqua – pozostałości po starożytnej wieży ciśnień?




San Giovanni degli Eremiti
Dochodzimy do San Giovanni degli Eremiti – średniowiecznego kościoła z czerwonymi kopułami, dziedzińcem i arabsko-normańską architekturą.






Wnętrze budynku uderza swoją kamienną surowością, pustką i symetrycznym układem.





Na dziedzińcu jest naprawdę przepięknie – kamienne łuki skąpane w egzotycznej roślinności w ostrym, zimowym słońcu robią niesamowite wrażenie. Jesteśmy praktycznie sami, więc sesje zdjęciowe i zachwyty nie maja końca, ale jest tak przyjemnie, że aż nie chce nam się wychodzić.















W końcu jednak wychodzimy i idziemy na spacer wzdłuż olbrzymiego Palazzo dei Normanni i bramy Porta Nuova. Siadamy na odpoczynek w parku Villa Bonanno pełnym palm i dochodzimy do katedry.









Katedra z zewnątrz wygląda spektakularnie – ma ciepły odcień piaskowca i jest bogato zdobiona. W środku natomiast inny świat – chłodne, białe, wręcz nieprzyjemne wnętrze, bez kolorów i zdobień. Szybko wychodzimy cieszyć się słońcem.






Zagłębiamy się w sycylijskie uliczki i chłoniemy klimat.








Na obiad trafiamy do jednej z knajpek w okolicach targu La Vucciria. Targu już nie ma o tej porze, ale jedzonko w lokalu jest bardzo smaczne.




Z pełnymi brzuszkami idziemy znowu w stronę wybrzeża. Spacerujemy wokół nowych zabudowań Mola Trapezowego, skąd pięknie widać górę Monte Pellegrino.

Po południu wracamy do centrum przyjrzeć się dokładniej zabudowie wokół Piazza Pretoria.









Powoli zapada zmrok, włączają się latarnie, a na ulicach pojawia się coraz więcej ludzi.




Wygląda na to, że Sycylijczycy, a przynajmniej Ci w Palermo, mają zwyczaj wychodzenia tłumnie na miasto w świąteczny wieczór. Mijamy całe rodziny elegancko i odświętnie ubranych Włochów w doskonałych nastrojach. Spacerują, spotykają się ze znajomymi, żywo dyskutują, zatrzymują się w lokalach na drinka lub coś słodkiego. A my z nimi!



Dzień 3 | Monreale
Rankiem żegnamy się ze ślicznym mieszkankiem przy Via del Bosco i ruszamy dalej.



Palazzo dei Normanni
Zwiedzamy olbrzymi Palazzo dei Normanni. Jego otwarty dziedziniec otaczają malownicze arkadowe podcienia.




Kaplica Palatyńska
Największą atrakcją pałacu jest średniowieczna Kaplica Palatyńska, która robi obłędne wrażenie. Bizantyjskie mozaiki i malowidła ociekają złotem i przepychem a misternie zdobiony drewniany sufit jest zupełnie nieprawdopodobny.





Oglądamy jeszcze kilka pięknych sal i miejsc, a na końcu trafiamy na czasową wystawę Meta Experience, prezentującą najnowszej generacji systemy skanowania 3D, które stosowane są w digitalizacji dziedzictwa kulturowego. Najciekawsza jest możliwość zeskanowania własnej postaci, który to skan można sobie potem pobrać przez stronę. Mamy z tym fajną zabawę.




Po wyjściu łapiemy oddech w ogrodach pałacowych by już za chwilkę trafić przypadkiem na budkę z sycylijskim street foodem Nino u Ballerino na tyłach pałacu na Piazza Indipendenza. Głowa rodziny odważa się na słynną kanapkę ze śledzioną (panino con milza), reszta zamawia przepyszną kanapkę z plackiem z ciecierzycy i krokietem ziemniaczanym (panino panelle e crocchè). To chyba najlepsza rzecz jaką jedliśmy w Palermo! Aż szkoda, że musimy lecieć na autobus bo wciągnęlibyśmy po jeszcze jednej…



Z Piazza Indipendenza podmiejskim autobusem jedziemy do Monreale zwiedzić tamtejszą normańską katedrę. Autobus jedzie około pół godziny a z okien podziwiać można ładne widoki.


Monreale
Cały kompleks zabudowań katedralnych w Monreale składa się z kościoła ze złotymi mozaikami oraz zabudowań klasztornych z pięknymi krużgankami. Istnieje także możliwość zwiedzenia tarasów na dachu katedry. Zaczynamy od krużganków. Jesteśmy tu w południe i trafiamy na ostre słońce, które daje niesamowite efekty. Przez bogato zdobione łuki wpada światło tworząc malarskie kontrasty w podcieniach. Misternie rzeźbione kolumny – każda inna – to prawdziwe dzieło sztuki. Jesteśmy zachwyceni!














Okazuje się, że między 13 a 14 jest przerwa w zwiedzaniu kompleksu, zatem my również idziemy coś zjeść i pospacerować po Monreale. Zatrzymujemy się w niewielkim lokalu La Tazzina Cafè w jednej z bocznych uliczek. Zamawiamy kawę i parę kolorowych przystawek.




Potem spacerujemy jeszcze trochę po tym uroczym, spokojnym miasteczku.









Katedra Santa Maria Nuova
W końcu jesteśmy gotowi na zwiedzanie Katedry Santa Maria Nuova. Wnętrze robi piorunujące wrażenie. Każdy centymetr wyłożony jest bizantyjskimi, złotymi mozaikami. Do tego przepięknie zdobione, drewniane belkowanie pod sufitem i dwa rzędy symetrycznych łuków na smukłych, kamiennych kolumnach oddzielających boczne nawy.






Ruszamy również na wycieczkę po tarasach i dachu katedry, skąd rozpościerają się imponujące widoki na plac z krużgankami na tle pobliskich pasm górskich.







Wchodzimy na sam czubek katedry zakończony uroczą wieżyczką.



Obchodzimy dach dookoła i schodzimy z drugiej strony przez taras, z którego jest świetny widok na Piazza Vittorio Emanuele przed katedrą.





Autobusem po 17 wracamy do centrum Palermo i z Piazza Indipendenza przechodzimy spacerkiem w okolice stacji Palermo Centrale, gdzie znajduje się dworzec autobusowy. Stąd linią Sagesta Autolinee jedziemy do Trapani, po nowe sycylijskie przygody.
Po 20 docieramy do Trapani, gdzie po szybkim meldunku w wynajętym apartamencie udaje nam się jeszcze załapać na kolację na mieście w jedynym otwartym o tej porze lokalu Trattoria Vento dal Sud.


Dzień 4 | Trapani
Trapani jest niewielkim, portowym miasteczkiem, położonym na cyplu, który otaczają z każdej strony pozostałości starych murów i bastionów. Idziemy na spacer wzdłuż wybrzeża. Po drodze wpadamy na arancini. Miasteczko jakby zasnęło na zimę – jest pusto, większość lokali i sklepów pozamykane, turystów praktycznie nie ma. Odpowiada nam ta spokojna atmosfera.
















Erice
Około 15 łapiemy autobus i podjeżdżamy nim pod dolną stację kolejki gondolowej, którą wjeżdżamy do Erice – zabytkowego miasteczka, położonego na szczycie góry.



Erice jest niezwykle urokliwe – wąskie, wyłożone kamieniem malownicze uliczki otoczone zabytkowymi, starymi domami. Gdy przyjeżdżamy, słońce chyli się już ku zachodowi i zapalają się świąteczne dekoracje więc atmosfera jest wręcz bajkowa. W miesteczku otwarte są sklepiki z pamiątkami, restauracje, knajpki. Jest nawet świąteczny targ. Wszystko w takiej mini skali.


Z każdego punktu na obrzeżach miasteczka rozciągają się spektakularne widoki na całą okolicę – w tym na Rezerwat Monte Cofano, do którego wybieramy się jutro.






Podziwiamy jeszcze piękny zachód słońca a potem światła Trapani w dole i zjeżdżamy (kolejka gondolowa w zimie otwarta jest tylko do 20, w lecie znacznie dłużej).





Dzień 5 | Monte Cofano
Po nieśpiesznym poranku, idziemy spacerkiem na autobus. Zaglądamy po drodze do Katedry św. Wawrzyńca i wypijamy kawkę ze słodkim rogalikiem w kawiarence po drodze.


Dzisiaj zaplanowaliśmy dzień w Rezerwacie Monte Cofano. W tym celu, spod obskurnego dworca Fermata (Piazza Giangiacomo Ciaccio Montalto) jedziemy linią AST do Scurati. Podróż trwa godzinę. Oczywiście jesteśmy sami w autobusie, jak w większości przypadków na tej wycieczce 🙂 Przystanek jest przy stacji benzynowej i stąd już na piechotę idziemy w stronę góry Monte Cofano, którą widać z daleka.




Po drodze przyglądamy się uroczym wiejskim ogródkom, uprawom i domkom. Potem krajobraz robi się bardziej księżycowo-surowy a Monte Cofano wyskakuje przy samym wybrzeżu jakby ktoś specjalnie tam olbrzymią babę z piasku zbudował.


Docieramy do Grotta Mangiapane – dużej prehistorycznej jaskini z rysunkami naskalnymi i budynkami w środku.. Bardzo liczymy na to, że będziemy mogli ją zwiedzić, więc podchodzimy bliżej. Pracujący tam robotnicy, proszą nas jednak o opuszczenie posesji. Najwidoczniej w zimie jest zamknięta. Udaje nam się jednak rzucić okiem przynajmniej z zewnątrz. Wygląda zjawiskowo!




Idziemy dalej. W stronę góry! Niebo jest trochę zachmurzone, ale jest bardzo ciepło i duszno.







Idziemy szlakiem przy samym wybrzeżu, gdzie strome zbocza góry wpadają do turkusowego morza! Bajka!


W oddali widać górzyste okolice San Vito Lo Capo.


Mijamy Torre San Giovanni, idziemy dalej wzdłuż wybrzeża i siadamy na odpoczynek na ławce przy Cappella del Crocefisso. Jest już po 15-tej, więc przy Punta del Saraceno decydujemy się podejść pod górę (a nie na około), mimo znacznej stromizny.




Przejście przez grotę
Mamy trochę wątpliwości, czy zaraz nie będziemy musieli wracać, bo przed nami nie widać żadnego przejścia, tylko surową skałę… Mapy jednak pokazują, że szlak ciągnie się dalej. W końcu docieramy na górę. Okazuje się, że w skale jest bardzo wąskie przejście na drugą stronę. Tajemnicze przejście okazuje się niewielką grotą, która z drugiej strony wygląda jak wycięta w skale nożem. Czy to działalność człowieka? Ciężko powiedzieć. Natomiast po przejściu przez grotę, jak przez magiczne wrota, ukazują się oczom spektakularne widoki na cały rezerwat.






Z góry jak na dłoni widać krętą ścieżkę, którą weszliśmy.




Ruszamy dalej, bo robi się późno. Raz w dół, raz w górę. Niektóre podejścia dają nam w kość, ale widoki są niezapomniane.




Około 16:30 dochodzimy do miejsca, z którego widać cywilizację w dole i piękny zachód słońca nad Erice. A przecież byliśmy tam wczoraj!



Jesteśmy zmęczeni i piekielnie głodni, ale niezwykle zadowoleni, że daliśmy radę! Szybko schodzimy na dół i w miejscowości Cornino idziemy wzdłuż wybrzeża licząc na to, że gdzieś będziemy mogli zjeść… Jest pusto, cicho i głucho. Plaże o tej porze roku są zasypane wyschniętymi wodorostami, wyrzuconymi przez wzburzone morze. Więc też jakby nieciekawie i plażą nie da się iść…




Posługując się jednak mapami, idziemy szlakiem miejscowych restauracji, które w lecie zapewne są pełne turystów i miejscowych o tej porze ale teraz jest wszystko zamknięte. Po godzinie się udaje! Trafiamy do Ristorante Pizze e Cassatelle, która w sumie chyba nie bardzo jest otwarta, ale odpalają dla nas piec i dostajemy tłuściutkie pizze i zimne piwo! Radość i wdzięczność jest ogromna 🙂
Ostatni autobus odjeżdża ze Scurati o 19:30. Przed 19 udaje nam się dotrzeć na przystanek, a ponieważ mamy jeszcze chwilę zatrzymujemy się na espresso w Barze Odissea, który jest po drugiej stronie ulicy. Jest autobus. Oczywiście całą drogę jesteśmy w nim tylko my 🙂
Dzień 6 | Segesta
Plan na dzisiaj: wyjazd z Trapani, zwiedzanie Parku Archeologicznego Segesta, przyjazd do Castellammare del Golfo. Plan napięty, w związku z czym wstajemy wcześnie. Śniadanie jemy w apartamencie, bo wieczorem zrobiliśmy jeszcze małe zakupy, a poza tym właściciel obdarował nas świąteczną babką panettone, zachęcając, żebyśmy jeszcze zostali 🙂
Lecimy znowu na obskurny dworzec Fermata, ale tym razem jedziemy linią Tarantola e Cuffaro. Autobus jedzie około 40 minut i zatrzymuje się przy samym parku archeologicznym.

Już o 11-stej jesteśmy na miejscu i zaczynamy od posilenia się pysznymi arancini z miejscowej budki. Widoki jednak są wspaniałe i zaraz ruszamy na zwiedzanie.


Segesta
Zaczynamy od starożytnej, greckiej świątyni, z V w. p.n.e. Zarówno z bliska jak i z daleka robi monumentalne wrażenie i jest świetnie zachowana. Chociaż prawdopodobnie nigdy nie została ukończona. Położona jest na wzgórzu i widać ją dobrze z każdego punktu parku.












Całe założenie parku archeologicznego jest ogromne i można spacerować po nim godzinami. Za wzgórz rozciągają się piękne, panoramiczne widoki na okolicę.








Potem, idąc cały czas lekko pod górę, dochodzimy do kolejnych starożytnych pozostałości – agory, zamku i teatru. Teatr jest położony na naturalnym zboczu i również jest niezwykle dobrze zachowany. Widoki przepiękne!






Warto zboczyć również w wąską ścieżkę na południowym krańcu parku i zejść trochę w dół aby na pionowej ścianie zbocza zobaczyć starożytne kapliczki wotywne.







Powoli wracamy, przyglądając się ciekawej florze.
Calatafimi-Segesta
Przed 15 łapiemy autobus z tym samym kierowcą, który nas tu przywiózł, więc witamy się już jak starzy znajomi 🙂 Pan kierowca ani trochę nie mówi po angielsku, więc gdy zostawia nas w miejscowości Calatafimi-Segesta, pokazując na palcach, że będzie z powrotem za godzinę i żebyśmy sobie tu poczekali, trochę jesteśmy zdziwieni ale postanawiamy zaufać włoskiemu spokojowi 🙂 W autobusie zostawiamy również plecaki, co już zadziwia nas samych…
Chodzimy chwilkę po Calatafimi, wypijamy cappuccino za 2 euro w barze Cafè platz i z lekkim niepokojem czekamy, czy nasz pan kierowca wróci. Punktualnie po godzince nasz wielki, prywatny autobus podjeżdża na przystanek. Ależ to jest klimat!


Jedziemy do Castellammare del Golfo. Podróż mija dość szybko i po 17 jesteśmy już na miejscu. Meldujemy się w hotelu Locanda Scirocco i idziemy jeszcze na miasto. ale już trochę jesteśmy zmęczeni więc szybko wracamy. Jutro najważniejszy punkt wycieczki 🙂



Dzień 7 | Rezerwat Zingaro
Poranek petarda! Piękny widok z okna – widać i morze i góry. Ale śniadanie – to już na bogato wleciało! Rzadko nocujemy w holetalch ze śniadaniem, ale tu się udało bo była to bardzo atrakcyjna opcja i nie pożałowaliśmy. Miejsce śniadaniowe jest bardzo kameralne, oprócz nas jest tylko jedna para gości a wszytko jest świeżutkie, pyszne i pachnące. Wciągamy na maksa bo przed nami TEN dzień!



Dzisiaj zaplanowaliśmy zwiedzić Rezerwat Zingaro. Ponieważ jestem nieuleczalną psychofanką gór nad morzem to był „must have” naszej wycieczki, mimo iż do końca nie byliśmy pewni czy komunikacją podmiejską da się to zrobić w jeden dzień. Po konsultacji z lokalsami ustalamy, że damy radę! Korzystamy z AUTOSERVIZI RUSSO. Połączenie, który ma sens, mamy o 9:30, więc po sytym śniadaniu pędzimy na Via della Repubblica, skąd odjeżdża nasz autobus. Zdążyliśmy. Uff… Oczywiście jesteśmy sami 🙂


Scopello
Bus dojeżdża do Scopello. To mała nadmorska wieś, można by powiedzieć, ale Scopello to chyba jednak stan umysłu 🙂 Od dawna nie czuliśmy w tak odległej destynacji tak przyjemnego, tajemniczego i urzekającego klimatu. Sercem wsi jest Bar Pasticceria Scopello, który po prostu jest czynny od rana do wieczora (niezależnie od pory roku) i wszyscy się tam kumulują. Odnosimy też wrażenie, że wszyscy się znają! Zamawiamy pyszną kawę, soki, przekąski, lokalne ciasteczka i kupujemy przekąski na drogę. Jest bardzo kameralnie, pięknie, włosko i w sumie można by się stąd nie ruszać, ale Zingaro wzywa!









Z baru do wejścia do rezerwatu jest około 30 minut na piechotę szosą (ruchu samochodowy sporadyczny). Ruszamy, a po drodze podziwiamy jak zwykle uprawy oliwek, egzotyczną roślinność i kameralne, wiejskie domy.



Rezerwat Zingaro
Po dojściu na miejsce należy uiścić opłatę za wstęp do rezerwatu. Dostajemy też mapkę szlaków. Wejście rozpoczyna się malowniczym tunelem (który jest pozostałością po próbie przeprowadzenia tu drogi szybkiego ruchu!!!), który wręcz jest przejściem do innego świata.




Po wyjściu następuje już tylko nieustająca fala zachwytów! Można wybrać kilka szlaków, jednak na początek ten bezpośrednio wzdłuż wybrzeża wydaje nam się najlepszy. Idziemy i zachwytom nie ma końca.





Szlak jest bardzo prosty, trochę pod górę, trochę z góry, bez żadnych dramatycznych przewyższeń. Zaskakująca jest przyroda – klimat jest zupełnie subtropikalny, mimo iż mamy przecież grudzień! W powietrzu czuć taki specyficzny zapach egzotycznych roślin w gorącym słońcu. Co tu się musi dziać w lecie?!




Idziemy wąską ścieżką, z której co rusz widać piękne zatoczki w dole. Zbocza stromych klifów wbijają się romantycznie w spokojne morze Tyrreńskie.


Wioska Zingaro
W pewnym momencie ze ścieżki zaczynają być widoczne wtopione w zieleń na zboczach zabudowania… Okazuje się, że dotarliśmy do wioski Zingaro, w której noramlnie mieszkają ludzie!!! To już jest szok szoków. Tu się nie dojeżdża samochodem, nie ma takiej opcji. Można sobie dopłynąć łódką. Przez płot widzimy, że jeden ziomek ma skuter. Przeuroczych domków jest kilka, ale widnieją przed nimi tabliczki o uszanowanie prywatności. Nie mamy pojęcia jak Ci ludzie tu żyją, ale na pewno są szczęśliwi 🙂 Po drodze spotykamy jeszcze parę ruin opuszczonych domów. Ewidentnie było ich więcej, ale na pewno nie jest to łatwy region do mieszkania. Oprócz trudnej komunikacji, rezerwat jest narażony co roku na niebezpieczne pożary, których skutki są nawet widoczne po drodze.













Grotta dell’Uzzo
Wiemy, że po drodze czeka na nas jaskinia, ale tego co zobaczyliśmy się nie spodziewaliśmy. Nagle, znikąd, za zakrętem, wyrasta przed nami olbrzymich rozmiarów prehistoryczna grota.




Jest piękna i niesamowita, a żadne zdjęcia nie oddają jej majestatu.
Niestety jest już 14-sta. I mimo iż jest pokusa, żeby tym przepięknym szlakiem pójść dalej, aż do San Vito Lo Capo, to musimy zawracać jeżeli chcemy zdążyć na ostatni bus o 17:15. Następnym razem na pewno to zrobimy!




Tymczasem schodzimy na dół na plażę Cala dell’Uzzo. I łapiemy oddech zanurzając wzrok w totalnie spokojnym i przejrzystym jak szkło morzu. A na plaży zamiast piachu tylko otoczaki więc lecą kaczki.






Wracamy tym samym szlakiem, bo jest po prostu przepiękny i podziwiamy wszytko z drugiej strony. A zatoczka Cala della Disa jest najpiękniejsza. Stoi tam dom, który można wynająć 🙂 Czasami pojawia się na popularnym portalu rezerwacyjnym. Następnym razem!






Powrót do Scopello
W Scopello meldujemy się z powrotem pół godziny przed odjazdem busa, więc mamy jeszcze czas na małe co nieco, chociaż nasze serca mówią, że to właśnie tu powinniśmy zostać dłużej… Wieczorne klimaty się rozkręcają, nie wiadomo skąd tyle tu ludzi, którzy nie wyglądają na turystów. Niezwykłe miejsce! Absolutnie obowiązkowe dla poszukiwaczy prawdziwych sycylijskich wrażeń.








Z żalem zostawiamy Scopello i naszym „prywatnym busem” wracamy do Castellammare del Golfo. Ponieważ to nasz ostatni wieczór na Sycylii udajemy się na kolację pożegnalną.
Wybieramy malutką, rodziną TRATTORIA LE 2 TERRE. I jest to doskonały wybór! Pyszne, domowe makarony, lokalne wino i przemiła obsługa w bardzo kameralnym i prostym lokalu to to czego oczekiwaliśmy. I jeszcze te kolorowe talerze! Wspaniałe zakończenie tej sycylijskiej przygody!




Lot powrotny do Wrocławia mamy następnego dnia wcześnie rano i ponieważ nie ma innej możliwości, zamawiamy taksówkę na lotnisko. I odlatujemy, ale koniecznie musimy wrócić, tym razem na wschodnią stronę Sycylii. A kiedyś, koniecznie jeszcze raz do Zingaro, bo zrobiło na nas piorunujące wrażenie!

