Bułgaria

Od Gór Rilskich po wybrzeże Morza Czarnego

Bułgaria – od Gór Rilskich po wybrzeże Morza Czarnego

Wrocław – Sofia – Saparewa Banya – Siedem Jezior Rilskich – Melnik – Piramidy Melnickie – Płowdiw – Nesebyr – Bałczik – Przylądek Kaliakra – Plaża Bolata – Warna – Wielkie Tyrnowo – Sofia – Wrocław

czas: 13 dni

termin: 10.08.2025 – 22.08.2025

Bułgaria jako dłuższy wakacyjny wyjazd stała się realna po wprowadzeniu przez Ryanair biletów do Sofii w bardzo korzystnych cenach. Postanowiliśmy zatem przejechać ją z zachodu na wschód i z powrotem. Bilety kupiliśmy 3 miesiące przed podróżą w bardzo udanej konfiguracji – wylot wcześnie rano, przylot późno w nocy, czyli czeka nas pełne 13 dni przygód. Ruszamy! Jak zawsze „W STRONĘ SŁOŃCA” 🙂

Dzień 1 | Wrocław – Sofia – Saparewa Banya

Lot, tym razem, przebiega bez zakłóceń i jesteśmy w Sofii nawet przed czasem. Z lotniska do centrum jeździ metro. Jednorazowy bilet dla jednej osoby kosztuje 1,60 BGN (około 3,50 PLN). Można wysiąść na stacji Serdika i od razu ruszyć w miasto. My jednak przesiadamy się na tej stacji i dojeżdżamy do Central Railway Station. Na dworcu autobusowym Sofia Serdica Bus Station, odnajdujemy przewoźnika, kupujemy bilety i w przechowalni bagażu zostawiamy nasze plecaki. Na tym dworcu są wygodne szafki samoobsługowe. Za całodobową dużą szafkę płacimy 15 BGN (około 32 PLN). Potem spacerkiem ruszamy do centrum.

Jest bardzo ciepło. Dochodzimy do Bulwaru Vitosha, który jednak nie robi na nas jakiegoś powalającego wrażenia. Jest to tylko ciąg restauracji z burgerami i pizzą. W bocznej uliczce za to znajdujemy piekarnię Софийска баница z lokalnymi wypiekami i zjadamy naszą pierwszą banicę popijaną ayranem. Pycha!

Po tym obfitym śniadaniu idziemy dalej wzdłuż bulwaru. Na jego końcu rozpościera się olbrzymi park przed Narodowym Pałacem Kultury. Fontanny, trochę ławek i zieleni, ale też duża betononza.

Dochodzimy do pałacu, ale tylko rzucamy okiem. Jest to kolosalny budynek wybudowany w 1981 roku jako centrum kongresowo – wystawiennicze, o raczej dyskusyjnej architekturze. Wracamy poszwendać się jeszcze trochę po Sofii.

Sobór św. Aleksandra Newskiego

Najbardziej znanym zabytkiem stolicy jest Sobór św. Aleksandra Newskiego. Jest otoczony sporym placem i dobrze widoczny z każdej strony. Jego wielkość robi również wrażenie, a złote kopuły świecą w słońcu jak wypolerowane.

Wchodzimy także do środka. Wejście do cerkwi jest darmowe. Wnętrze jest dość przytłaczające i mimo swojego ogromu sprawia ponure wrażenie.

Cerkiew św. Jerzego

Po wyjściu odpoczywamy od skwaru w barze, w cieniu drzew w parku Pałacu Królewskiego. W Sofii wszystkie główne atrakcje są blisko siebie, więc tuż za zakrętem mamy Pałac Prezydencki, przed którym obserwujemy zmianę warty, po czym wchodzimy na dziedziniec. Znajduje się tu najstarszy budynek w Sofii – niewielka Cerkiew św. Jerzego z IV w. Jej świetnie zachowana, cylindryczna forma wygląda wręcz nierealnie w otoczeniu wysokich, współczesnych budynków tworzących dziedziniec. Zaglądamy też do wewnątrz popodziwiać freski.

Serdika

Tuż obok jest wejście do podziemi, gdzie można znaleźć antyczne pozostałości po starożytnej osadzie Serdika. Część jest wpleciona we współczesną infrastrukturę, sklepy, galerie i stacje metra, ale jest dobrze zagospodarowana i opisana. Robi dobre wrażenie.

Kierując się już powoli w kierunku dworca autobusowego, przyglądamy się jeszcze codziennemu życiu Sofii, mijamy budynek Muzeum Historii Regionalnej Sofii i piękny meczet Bania Baszi Dżamija na przeciwko. W okolicy fontanny między nimi, w cieniu drzew, siedzi sporo islamskiej młodzieży.

Dojazd do Saparewa Banya

Na dworcu odbieramy nasze plecaki i w małym barze pijemy jeszcze chłodne napoje. Upał dał nam się we znaki. O 17:20 wyjeżdżamy autobusem do Dupnicy (1 bilet 7 BGN). Tu mamy przesiadkę, ale nie bardzo wiemy gdzie powinniśmy wysiąść, więc zagadujemy kierowcę i pokazuje nam przystanek po drugiej stronie ulicy. I rzeczywiście po chwili przyjeżdża nasz bus do Saparewa Banya (1 bilet 2 BGN). Po 22 minutach jesteśmy na miejscu. Na szczęście, bo bus był pełen (pełen lokalsów, nie turystów), a duchota ogromna 🙂

Nocujemy w pensjonacie Danailovi, do którego musimy jeszcze podejść kawałek pod górkę. Wita nas miły gospodarz i krótko tłumaczy (całkiem zrozumiałym angielskim!) wszystko co i jak. Poleca też restaurację, do której od razu lecimy, bo jesteśmy już bardzo głodni. I tak właśnie, ten pełen wrażeń dzień, kończymy na pysznej kolacji w restauracji Bohemia, pałaszując naszą pierwszą sałatkę szopską oraz inne specjały lokalnej kuchni.

Dzień 2 | Siedem Jezior Rilskich

Chcemy się wyspać, więc na śniadanie umawiamy się na godzinę 9. Gospodyni serwuje nam pyszne omlety z serem i warzywami, lokalne danie na słodko, czyli mekici – takie małe pączusie, do tego dżem gruszkowy własnej produkcji i kawa! Wszystko podane na zalanym porannym słońcem tarasie wśród winorośli. Rewelacja!

Dzisiejszy dzień postanowiliśmy spędzić na trekkingu wśród Siedmiu Jezior Rilskich. Po obfitym śniadaniu ruszamy zatem w poszukiwaniu busa do dolnej stacji kolejki krzesełkowej… Przechodzimy przez całe centrum, na przystankach żadnej informacji, informacja turystyczna nieczynna, a przecież jest szczyt sezonu… W końcu się poddajemy i w jednej z restauracji prosimy o pomoc. Okazuje się, że takiego busa nie ma! Do największej atrakcji turystycznej regionu nie ma ma busa z najbliższej miejscowości… Pani proponuje, że zadzwoni nam po taksówkę, która nas tam zawiezie. Nie mamy wyjścia, bo jest już południe. Wypijamy po soku i za chwilę przyjeżdża starszy pan (nie mówiący ani trochę po angielsku) i zawozi nas pod samą stację kolejki. Za tą przyjemność płacimy 50 BGN (około 100 zł). Pan daje nam wizytówkę z nr telefonu i na migi sugeruje, że po nas przyjedzie jak wrócimy.

Wjazd kolejką linową

W kasie na miejscu kupujemy bilety na wyciąg krzesełkowy, tylko w jedną stronę (jeden bilet 20 BGN). Pani w kasie upewnia się dwa razy czy na pewno tylko w jedną stronę 🙂 Wydaje nam się, że przecież świetnym pomysłem jest zejść a nie zjechać… Ruszamy. Przy samym wejściu na wyciąg stoją dwaj operatorzy, którzy pomagają bezpiecznie zasiąść na dwuosobowych krzesełkach. Wjazd trwa 25 minut a widoki są spektakularne!

Kolejka kończy się zaraz pod schroniskiem Rila Lakes Chalet, gdzie zatrzymujemy się na chwilę na lemoniadę. Ale otaczające widoki są tak piękne, że zaraz ruszamy dalej.

Na szlaku

Szlak jest dobrze oznaczony, na razie niezbyt trudny. Po 20 minutach wyłania się przed nami pierwsze jeziorko – Долното езеро, a po kolejnych 10 dochodzimy do schroniska Chalet Seven Lakes, które jest położone bezpośrednio nad drugim jeziorem – Рибното езеро.

Tu zatrzymujemy się na krótki odpoczynek. W schronisku można zamówić też proste dania czy zimne napoje. Widok na góry odbijające się w tafli jeziora jest oszałamiający.

Idziemy dalej. Szlak jest na razie dość prosty, nie ma dużych przewyższeń, za to na każdym kroku są przepiękne widoki. Jest trochę turystów, ale nie ma tłumów. Mijamy trzecie jezioro – Трилистника.

Mijamy czwarte jezioro – Близнака, a przy piątym – Бъбрека – dochodzimy do rozdroża szlaków – tu w zasadzie przez chwilę planujemy zakończyć i wracać, tym bardziej, że ostatnia część jest najbardziej stroma. Mija nas jednak para rodziców z malutkimi dziećmi w nosidełkach i uznajemy, że jednak damy radę!

Wejście na szczyt

Wejście jest strome i kamieniste. Dyszymy i sapiemy. Po drodze mijamy 6 jezioro – Окото – oraz około 80-letnią panią w sneakersach, która schodzi sobie spokojnie podtrzymywana tylko za rękę przez młodszą panią. Robi wrażenie! Daje nam to siły na ostatni odcinek i za chwilę jesteśmy na szczycie.

Na górze jest wietrznie, ale widoki boskie! Jesteśmy na wysokości 2559 m n.p.m. (Lake Peak – Езерен връх). Na około rozpościera się panoramiczny widok na wszystkie Siedem Jezior Rilskich (w tym ostatnie siódme – Сълзата), góry bliższe i dalsze oraz szlak, którym przyszliśmy. Warto było jednak tu się wdrapać!

Następuje seria nieprzerwanych zachwytów i sesji fotograficznych. Na samym szczycie jest tylko grupka osób. Większość zeszła wcześniej, żeby zdążyć przed zamknięciem kolejki linowej. Nam się jednak nie spieszy, bo chcemy zejść, a nie zjechać.

Jesteśmy zauroczeni tym miejscem. Jeszcze ostatnia pamiątkowa fota i powoli schodzimy. Jest godz. 17. Szlak pustoszeje.

Zejście z Rilskich Jezior

Idziemy w stronę wodospadu Skakavitsa. Nie jest to oficjalnie wyznaczony szlak. Takiego nie ma w ogóle w tą stronę 🙂 Mapy pokazują jednak ścieżkę i nie ma zakazu, żeby nią iść. Podejmujemy się tego wyzwania.

Korzystamy z czeskich map, które już nie raz okazały się niezawodne. Ciężko jednak odnaleźć wspomnianą ścieżkę w rzeczywistości… Idziemy na czuja zatem. Po minięciu jeziora Babreka, na którego tafli migoczą promienie zachodzącego słońca, skręcamy w lewo w dolinę.

Widok na dolinę jest przepiękny – z jednej strony surowe skały rzucające już cień, a z drugiej mieniące się jeszcze w zachodzącym słońcu zielone połacie trawy. Teren jest podmokły, czasami trochę nawet grząski, musimy uważać na stawiane kroki. Przeskakujemy przez strumyczki i mniejsze rozlewiska.

Dochodzimy do urwiska skalnego… Ścieżka niby prowadzi gdzieś obok, ale nie możemy jej znaleźć. Decydujemy się ostrożnie zejść po olbrzymich głazach. Młodzieży wychodzi to zdecydowanie sprawniej, ale i my dajemy radę 🙂

I w końcu dochodzimy do wodospadu. Od góry… Przed nami tylko pionowa ściana w dół, szum spadającego wodospadu i przestrzeń.

Zejście z wodospadu

Trochę jesteśmy zaskoczeni co dalej, ale mapy pokazują wyraźnie, że ścieżka w dół gdzieś tu jest. Robimy pamiątkowe zdjęcia. Słońce jest już bardzo nisko i rzuca długie cienie. Przeskakujemy rzeczkę wodospadową i okazuje się, że ścieżka w dół prowadzi gołoborzem!

Powoli schodzimy. To znaczy my powoli, dzieci już są na dole 🙂 Chyba odkrywają w sobie zew odkrywcy/zdobywcy… O tym, że to właściwa droga, świadczą ustawione co jakiś czas piramidki z kamyczków. Zawierzamy mocy. Schodzimy, ostrożnie stawiając kroki. Nad nami przelatuje helikopter, po czym za chwilę wraca. Zastanawiamy się, czy sprawdza, czy nie potrzebujemy pomocy 🙂 Jeszcze nie.

Po gołoborzu ścieżka prowadzi przez las, ale tak stromo w dół, że bez trzymania się gałęzi i korzeni nie dało by się zejść. W końcu, zza drzew, wyłania się wodospad, na którego górze przed chwilą byliśmy 🙂

Można podejść jeszcze pod sam wodospad od dołu, ale już nie mamy siły i robi się bardzo późno. Około 19:30 docieramy do schroniska Skakavitsa (Хижа Скакавица). Jesteśmy wykończeni. Towarzystwo przy schronisku (zarówno obsługa jak i nieliczni goście) wydają się lekko zaskoczeni naszym przybyciem… Dostajemy na szczęście zimne napoje 🙂

Powrót do Saparewa Banya

Zastanawiamy się jak przez telefon wyjaśnić, nie mówiącemu po angielsku taksówkarzowi, gdzie po nas podjechać…I czy w ogóle tam się da podjechać? Z obsługą się nie dogadamy… ale zagadujemy parę turystów siedzącą przy stoliku obok i na szczęście okazują się bułgarskimi turystami mówiącymi po angielsku! Uff… ale to nie koniec przygód. Połączenie telefoniczne nie jest za bardzo możliwe bo nie ma zasięgu. Miłej parze udaje się jednak połączyć z taksówkarzem przez WhatsApp i ustalają gdzie mamy dojść. Jest 20 i za godzinę musimy być na dole. Dziękujemy wylewnie, ale Bułgarzy nie chcą nawet piwa, bo wypili już po trzy 🙂

Pędzimy! Droga wiedzie przez przyjemny las. Zejście jednak zajmuje nam trochę więcej niż godzinę. Docieramy o zmroku…na ostatniej prostej widzimy wyłaniające się z ciemności światła wolno jadącego samochodu. Taksówkarz po nas podjechał kawałek. Jesteśmy uratowani!

Tu możecie zobaczyć całą naszą trasę od górnej stacji kolejki do miejsca odbioru przez taksówkę: szlak Siedem Jezior Rilskich

O 21:30 dojeżdżamy do centrum Saparewa Banya. Doczłapujemy jeszcze do jakiejś otwartej restauracji na kolację. Co za dzień!

Dzień 3 | Saparewa Banya – Melnik

Dzisiaj niespieszna pobudka i znowu pyszne śniadanko na tarasie w pensjonacie Danailovi. Żegnamy się z tym miejscem, kotkami i gospodarzami. Bardzo nam się tu podobało. Za dwie noce ze śniadaniem dla 4 osób zapłaciliśmy 320 BGN.

Idziemy na przystanek. Rozkłady jazdy busów w mniejszych miejscowościach działają tak, że podana jest godzina wyjazdu busa z pierwszej miejscowości, a kiedy przyjedzie na konkretny przystanek po drodze to już kwestia umowna… Czekamy więc.

Bułgarzy mają obsesję na punkcie nekrologów. Oblepiony jest nimi każdy przystanek, płoty, bramy, drzwi wejściowe…Wydawać by się mogło, że to wstyd nie mieć tutaj dobrego nekrologu 🙂

Dojeżdżamy na dworzec autobusowy w Dupnicy. Stąd planujemy dostać się do Błagojewgradu i tam zobaczymy (jeden bilet 3,50 BGN). Może uda się jakoś zaatakować Monastyr Rylski…Tak czy siak połączenia z Kocherinovem, które jest bliżej, nie ma.

W Błagojewgradzie na dworcu autobusowym trudno się dogadać z kimkolwiek. Z tego co udaje nam się zrozumieć, to jedyny autobus do Monastyru jest o 7 rano z Riły… Serio? Największa architektoniczna atrakcja całego kraju, wpisana na listę UNESCO i nie ma żadnego publicznego dojazdu? Masakra…

Trudno. Decydujemy w takim razie, że jedziemy do Melnika. Najpierw autobus do miejscowości Sandanski – godzina (9 BGN), a stamtąd bus do Melnika – pół godziny (5 BGN).

Melnik

O 16 jesteśmy na miejscu. Melnik to najmniejsze miasto Bułgarii, słynące z produkcji wina, zachowanej odrodzeniowej architektury i Piramid Melnickich – piaskowcowych formacji skalnych. I rzeczywiście – już od wyjścia z autobusu witają nas piękne widoki!

W zasadzie Melnik składa się z jednej ulicy, położonej wzdłuż wyschniętego w lecie strumyczka. Wzdłuż ulicy stoi ciąg ładnie zachowanych i odnowionych domów, w których znajdują się pensjonaty i restauracje z lokalną kuchnią. Część budynków jest ewidentnie nowa, ale wybudowana w stylu starych domów melnickich. Nocleg zarezerwowaliśmy jadąc autobusem i teraz piechotką docieramy do naszego hotelu Despot Slav, podziwiając piękne budynki na tle skalnych piramid.

W hotelu wita nas miła pani w recepcji. Mówi nawet po angielsku! Hotel ma restaurację i w cenie jest śniadanie. Odpoczywamy chwilę w przestronnym pokoju z klimatyzacją. Późnym popołudniem idziemy na kolację.

Melnik jest przepiękny! Odbiór całości trochę szpeci opuszczony duży budynek publiczny w centrum i niedokończona budowa na końcu osi widokowej (na sprzedaż!), ale wygląda, że to kwestia czasu bo potencjał tu jest ogromny. Ludzi jednak jak na lekarstwo… Czy to kwestia sierpniowych upałów czy położenia z dala od głównych szlaków? Ciężko powiedzieć.

Kolację jemy w restauracji Chinarite (Ресторант Чинарите) – podoba nam się ocieniony taras i szemrząca fontanna w środku. Natomiast kelner, który nas obsługuje, miał chyba praktyki w Czechach 🙂 Całość ma fajny klimat – tradycyjne obrusy i ceramika, jedzenie, lokalne melnickie wino! Za kolację dla 4 osób z napojami płacimy 150 BGN. Wszystko w Melniku jest spójne i czarujące.

Dzieci wracają do pokoju, a my idziemy jeszcze na winko do restauracji w naszym hotelu, gdzie na uroczym balkoniku cieszymy się chwilą.

Dzień 4 | Piramidy Melnickie

Zostajemy w hotelu na jeszcze jedną noc – co prawda przenosimy się do innego pokoju, ale też jest niezły. W sumie dwa noclegi ze śniadaniem dla 4 osób kosztują nas 305 BGN. Po obfitym śniadaniu, w formie szwedzkiego stołu, idziemy zobaczyć Melnickie Piramidy. Schodzimy jednak jeszcze do sklepu w centrum Melnika po zapas wody. Zaraz za niedokończonym budynkiem zaczyna się szlak pieszy do Rożena przez skalne piramidy (Melnik Rozhen Trail – widać go dobrze nawet na mapach google).

Piramidy Melnickie

Na szlak wchodzimy o 11:30. Pierwsza część trasy prowadzi dnem wąwozu, który jest dość mocno zarośnięty i momentami piramidy znikają nawet z oczu. Trochę cienia jest jednak wskazane, bo z nieba leje się niemiłosierny skwar. Po drodze jest nawet jedna wiata turystyczna, w której robimy przystanek.

Po około godzinie zaczynamy się trochę wspinać, wychodzimy nad korony drzew i widoki robią się coraz ładniejsze.

Potem następuje najtrudniejszy kawałek – ostro pod górę w piekielnym skwarze. Nagrzany piach jeszcze oddaje sporo ciepła i momentami aż kręci się w głowie. Na szczęście nie trwa to długo i około godz. 13 docieramy do najwyższego punktu widokowego.

Widoki są zupełnie obłędne! Piaskowcowe Piramidy rozlewają się wokół jak złota rzeka, a ich fantazyjne kształty są wręcz niewiarygodne. Natura dała tu spektakularny popis swoich możliwości. Do tego wszystkiego na samym końcu widokowego cypelka stoi drzewo – jakby ktoś to zaplanował normalnie! Niczym niezabezpieczone, kruche krawędzie budzą jednak respekt…jeden fałszywy ruch i koniec…

Nie możemy przestać się zachwycać! Po szalonej sesji fotograficznej, stawiając ostrożnie kroki schodzimy w stronę Monasteru Rożeńskiego.

Poniżej znajduje się jeszcze jedna wiata, przy której chwilę odpoczywamy. Ale ponieważ skończyła nam się już woda, a chce nam się niemiłosiernie pić, idziemy zaraz dalej.

Monaster Rożeński

Około godz. 14 dochodzimy do Monasteru Rożeńskiego. Można go zwiedzić bezpłatnie i zdecydowanie warto, bo w środku jest niezwykle nastrojowo. Zachwyciła nas sielska, średniowieczna kamienno – drewniana zabudowa, z uroczymi balkonami od środka i pięknym, zadbanym ogrodem z winoroślami. Taka oaza duchowości wśród natury. Pośrodku dziedzińca stoi niewielka cerkiew z bogato rzeźbionym ikonostasem i freskami. Można nawet spotkać przemykającego w szarej sutannie mnicha.

Po wyjściu z Monasteru kierujemy się szosą w dół, w stronę wsi Rożen. Ostatni autobus z Rożena do Melnika odjeżdża o 17 więc liczymy na obiad w jakiejś restauracji. Do parkingu, z którego odjeżdża autobus docieramy około godz. 15, tak więc przejście całej trasy z Melnika do Rożena, łącznie z postojami i zwiedzaniem Monasteru zajęło nam 3,5 godziny.

A tu cała trasa: Szlak Melnik – Rożen

We wsi Rożen są dosłownie trzy domy na krzyż. Otwartą restaurację znajdujemy w Motelu Rozhen. Na stylowo udekorowanym patio dostajemy masę lokalnych przysmaków i popijamy wszystko zimnym ayranem. Tego nam było trzeba po tej emocjonującej wędrówce. Lokal prowadzi ojciec z synem. Są bardzo sympatyczni i serwują pyszne, lokalne jedzenie.

Jest 16 więc mamy jeszcze czas na rzucenie okiem na tunel w skale piaskowcowej nieopodal. Wygląda na ręczną robotę 🙂

Autobus rzeczywiście przyjeżdża punktualnie o 17 na parking. Podróż trwa około 10 minut i za chwilę odpoczywamy już w naszym hotelu.

Wieczorem wychodzimy jeszcze na winko 🙂 Najpierw na główny placyk z wielkim drzewem a potem do restauracji w naszym hotelu, gdzie ta sama kelnerka co wczoraj pyta nas od razu „dwa białe?”. Taki melnicki klimat! Po dwóch dniach wszyscy się tu znają.

Dzień 5 | Melnik – Płowdiw

Po śniadaniu wymeldowujemy się z hotelu, ale zostawiamy jeszcze bagaże w recepcji. Idziemy bowiem zwiedzić Dom Kordopulova – największy na Półwyspie Bałkańskim zachowany dom w stylu odrodzeniowym. Trzeba podejść kawałek pod górkę za naszym hotelem.

Trzypoziomowy dom jest pięknie położony. Należał do rodziny handlującej winem. Zwiedzamy bogato zdobione wnętrza, taras letni oraz piwnice, gdzie przechowywane były beczki z winem. Kończymy degustacją lokalnego czerwonego wina.

Po wyjściu idziemy jeszcze do restauracji Święta Barbara (Механа „Света Варвара”) tuż obok, z pięknym tarasem. Siadamy na najbardziej wysuniętym balkonie ocienionym winoroślą z widokiem na cały Melnik. Przemiły właściciel przynosi nam zimne napoje i domowe, przepyszne lody.

Idziemy jeszcze kupić parę pamiątek i pełnym lokalsów (!) busem (który wyjeżdża z Rożena o 13, więc w Melniku jest około 13:10) jedziemy na Sandanski Bus Station.

W Sandanskim mamy godzinę czasu do następnego autobusu, więc idziemy rzucić okiem na pomnik Spartakusa niedaleko, który wg legendy tu właśnie się urodził.

Jedziemy dalej – autobusem dojeżdżamy do Sofii. Podróż trwa prawie 3 godziny…Na szczęście dworzec autobusowy jest zaraz obok dworca kolejowego. Następną część podróży planujemy bowiem odbywać pociągiem. Nie mamy jednak biletów, bo okazuje się, że na pociąg międzynarodowy, który jedzie do Turcji nie można kupić biletów na stronie bułgarskich kolei. Udaje się jednak bez problemu w kasie (jeden bilet 9,40 BGN). Bilety nie mają miejscówek, ale miły konduktor wskazuje nam jedyny bułgarski wagon z klimatyzacją 🙂

Podróż mija przyjemnie i trwa 2,40 godziny. Przed 22 lądujemy w Płowdiwie. Po szybkim kebabie idziemy piechotą do miejsca noclegu w samym centrum.

Dzień 6 | Płowdiw

Z noclegami w Bułgarii mamy jak na razie sporo szczęścia. W Płowdiwie udaje nam się zarezerwować (dzień wcześniej) 100-metrowe mieszkanie z salonem, kuchnią i dwoma oddzielnymi sypialniami w samym centrum starego miasta, tuż pod antycznym teatrem (dwie noce za 221 BGN)! Apartament jest pięknie, stylowo urządzony i jeszcze ma taki mały, fajny tarasik przy samej skale. Obok jest piekarnia, więc wyskakujemy po cieplutkie banice i ayran i mamy luksusowe śniadanie.

W Płowdiwie wszystko jest bliziutko więc zwiedzać najlepiej na piechotę. Miasto jest położone wśród siedmiu wzgórz i jest jednym z najstarszych w Bułgarii. Przeplatają się tu w związku z tym pozostałości z różnych epok, religii i stylów architektonicznych. Zaczynamy od placu z ruinami stadionu rzymskiego i meczetem Djumaya. Na placu znajduje się również informacja turystyczna, w której można wziąć sobie mapkę z oznaczonymi atrakcjami.

Stare Miasto w Płowdiwie

Potem idziemy na kawę do rozrywkowej dzielnicy Kapana, pełnej knajpek i restauracji. Następnie przychodzi kolej na zwiedzanie Starego Miasta, położonego u stóp wzgórza Nebet Tepe. Dzielnica słynie ze wspaniale zachowanych i utrzymanych odrodzeniowych domów.

Na każdym kroku w zasadzie można podziwiać kolorowe, bogato zdobione fasady. Część z domów udostępniona jest do zwiedzania, a w środku czekają nas stylowe wnętrza z epoki. Decydujemy się na bilet łączony, w ramach którego można zwiedzić 5 wybranych atrakcji (42 BGN dla 4 osób).

Na szczęście jest minimalnie chłodniej, a na niebie trochę chmur więc spaceruje się przyjemnie.

Nebet Tepe

Wchodzimy na wzgórze Nebet Tepe, na którym znajdują się pozostałości starożytnej zabudowy, a z kilku punktów widokowych można podziwiać całą okolicę.

Rzymski amfiteatr

Ze wzgórza schodzimy w kierunku antycznego rzymskiego teatru. W teatrze nadal odbywają się różnego rodzaju przedstawienia i koncerty. Trafiamy właśnie na przygotowania do jednego z nich. Odbiór całości psują trochę współczesne zabudowania sceniczne, ale widowiskowo musi to być ciekawe przeżycie.

Przychodzi czas na obiad, ale okazuje się, że niewiele lokali jest czynnych około godz. 16… Trafiamy jednak do lokalu Antico z bardzo ładnym tarasem i jemy dobry posiłek w miłych okolicznościach.

Ruiny stadionu rzymskiego

W ramach naszego biletu decydujemy się na obejrzenie wystawy multimedialnej w ruinach stadionu rzymskiego… Cóż, nie jest to może jakaś porywająca prezentacja, ale pokazuje jak wielkie było to założenie. Potem, świadomie już, odkrywamy jego pozostałości wśród współczesnej zabudowy. Odsłonięte fragmenty antycznego stadionu znaleźć też można w środku sklepu H&M na ulicy Knyaz Alexander I.

Dzieci mają dość i idą odpocząć do apartamentu, a my podejmujemy się jeszcze wejścia na wzgórze Sahat Tepe z wieżą telewizyjną, z którego pięknie widać cały Płowdiw. W tym miejsce, w którym nocujemy. Pod skałą z napisem PLOVEDIV 🙂

Wieczór spędzamy w dzielnicy Kapana, którą po zmroku ogarniają prawdziwe tłumy! Jest tu dosłownie knajpa na knajpie, aż ciężko przejść między stolikami. Jako fanów serialu „Przyjaciele” przyciąga nas oczywiście lokal Central Perk, dość swobodnie inspirowany serialem, ale przyjemny. Nawet dzieci przychodzą na burgera!

Dzień 7 | Płowdiw – Nesebyr

Po śniadaniu na tarasie pod skałą, pakujemy się i żegnamy z pięknym mieszkaniem, ale z samym Płowdiwem jeszcze nie. Wieczorem mamy autobus do Nesebyru (bilety kupione przez stronę internetową przewoźnika Union-Ivkoni, która działa dobrze i większość międzymiastowych połączeń odbywa się tą linią, jeden bilet 29,50 BGN). Logicznym wydaje się zatem zaniesienie bagaży do przechowalni bagażu na dworcu autobusowym…

Spokojnym spacerkiem dochodzimy na Central Bus Station, ale okazuje się, że przechowalnia czynna tylko do 16… a autobus mamy o 19! Idziemy szukać dalej – na dworcu kolejowym nie ma przechowalni w ogóle, na dworcu autobusowym Yug w pobliżu przechowalnia zamknięta.

Trochę już poddenerwowani, bo z nieba leje się skwar a my tracimy czas, dzwonimy do informacji turystycznej, gdzie proponują nam popytać w hotelach…Wchodzimy do najbliższego i po chwili oczekiwania na obsługę udaje nam się wynegocjować (za 10 BGN) przechowanie na parę godzin bagażu. Uff… Wypijamy w hotelowej restauracji lemoniadę i ruszamy na wzgórze Bunardjika, na szczycie którego wznosi się olbrzymi monument „Alyosha”.

Podziwiamy panoramę Płowdiwu wokół i szybko schodzimy bo słońce ostro przypala. Zatrzymujemy się w Kapanie na kawie, w sympatycznej kawiarni Czytelnia (Читалнята).

Postanawiamy wykorzystać jeszcze do końca nasz bilet, bo zostały nam dwa miejsca do odwiedzenia. Wybieramy Dom – Muzeum Klianti (Къща Клианти) z bogato zdobionym wnętrzem oraz Dom Nedkovicha, którego co prawda elewacja jest w remoncie, ale wnętrze można zwiedzać.

Trafiamy na ukrytą wśród domów śliczną uliczkę Stramna z warsztatami rzemieślniczymi, zwartą, zabytkową zabudową i ogródkami.

Około 16 idziemy na obiad do jednej z restauracji w Kapanie. Tym razem kuchnia bułgarska w nowoczesnym wydaniu.

Po obiedzie idziemy jeszcze w stronę mostu pieszego „Saedinenie” licząc na jakieś ładne widoki na rzekę, ale most okazuje się w pełni zabudowany brzydkimi kramami z kiczowatymi rzeczami… Szkoda. Szybko wracamy. Przychodzi powoli czas na powrót na dworzec autobusowy.

Wyjazd z Płowdiwu

Po odbiorze bagażu z hotelu przejściem podziemnym dochodzimy na Central Bus Station, na którym nie ma nikogo, żadnej informacji, ludzi na kasach, żadnej obsługi… O godz. 18:30 orientujemy się, że nasz autobus nie odjeżdża z tej stacji, tylko z dworca po drugiej stronie miasta! OMG!!!

Pędem wyskakujemy na parking przed dworcem kolejowym, na szczęście stoją jakieś taksówki, ale weź tu się dogadaj z Bułgarem… Znajduje się jednak zaraz jakiś młody, który coś tam kuma i rozumie o co nam chodzi – musimy w 10 minut dostać sią na „Sever” Bus Station obok stacji kolejowej Filipovo. Taksówkarz twierdzi jednak, że spokojnie zdążymy, a jak chcemy, to on może nas zawieźć do samego Nesebyru za jedyne 200 euro 🙂

Jesteśmy na parę minut przed odjazdem autobusu…miły taksówkarz jeszcze wchodzi z nami i pokazuje właściwy peron. Uff.. Naprawdę podróżowanie po Bułgarii to nieprzerwana seria komunikacyjnych zaskoczeń. Taxi kosztuje nas 40 BGN.

Autobus wyjeżdża trochę po czasie i klika razy po drodze się zatrzymuje. Podróż trwa prawie 6 godzin i o godz. 1 w nocy jesteśmy w Nesebyrze. Doczłapujemy się do miejsca noclegu, które na szczęście jest niedaleko przystanku.

Dzień 8 | Nesebyr

Po wczorajszych przygodach i późnym powrocie potrzebujemy trochę odpoczynku. Nocujemy w mieszkaniu w „lądowej” części Nesebyru, w bloku z lat 70-tych chyba. Obok jest duży supermarket, w którym robimy zakupy i przygotowujemy sobie solidne śniadanie. Potem, na piechotę, ruszamy na Słoneczny Brzeg.

Mimo tłumu na plaży, kąpiel w falach lekko wzburzonego Morza Czarnego, przynosi nam ulgę, radość i ochłodzenie. Na piachu wytrzymujemy jednak niecałą godzinkę i idziemy brzegiem na spacer, może coś ciekawego odkryjemy… Odkrywamy jednak jedynie plażę nudystów. Tak po prostu, między regularnymi plażami, nagle wyskakują golasy 🙂

Zmęczeni tłumem i słońcem znajdujemy przyjemne ochłodzenie w restauracji w głębi plaży (Ресторант,,Дел Мар”).

Po namyśle, decydujemy się jeszcze dzisiaj odwiedzić stare miasto w Nesebyrze. Wychodzimy z plaży i wśród okropnej, apartamentowej zabudowy przedostajemy się do głównej ulicy, skąd odjeżdża autobus. Odpoczywamy chwilę w apartamencie i również autobusem dojeżdżamy około 18 do starej części Nesebyru położonej na wysuniętym w morze cyplu.

W okolicy przystanku autobusowego jest chaos – autobusy, taksówki i samochody przyjeżdżają, odjeżdżają, ludzie łażą zdezorientowani, a facet przez megafon reklamuje wycieczki statkiem… Uciekamy w głąb starej zabudowy. Słońce chyli się ku zachodowi i ściany zabytkowych cerkwi pięknie wyglądają w tym świetle.

Spacerujemy i rozglądamy się, jednak dość szybko przychodzi refleksja, że zza niezliczonej ilości stojaków ze szkaradnymi pluszakami i chińskimi pamiątkami niewiele widać… W poszukiwaniu prawdziwego klimatu Nesebyru zagłębiamy się w boczne uliczki, uciekając od tłumów.

Około 19 robimy się głodni i wybieramy jedną z restauracji z ładnym tarasem i widokiem na morze. Siedzimy dość długo, podjadając, popijając i żartując z kelnerem, który nawet mówi trochę po polsku 🙂

Po wyjściu stwierdzamy, że ilość turystów na ulicach zwiększyła się jeszcze bardziej… Grają uliczni muzycy, morze ludzi płynie powoli głównymi uliczkami. Wracamy do mieszkania nadmorskim deptakiem, na którym kwitnie promenadowe życie – cyrk, akwarium, lunapark, koła młyńskie, karuzele, stoiska z pamiątkami i goframi 🙂

Dzień 9 | Nesebyr – Bałczik

Rano ruszamy dalej. Postanawiamy pojechać na północ, może uda się odkryć mniej zatłoczone wybrzeże. Podjeżdżamy busem do starego Nesebyru. Jesteśmy przed 11 więc jeszcze nie ma za dużo ludzi i jest nawet przyjemnie. Siadamy w jednej z kawiarni na ogródku i delektujemy się kawką.

Następnie upewniamy się telefonicznie czy nasz autobus na pewno odjeżdża z tego miejsca i czekamy. Przyjeżdża z około 20 minutowym opóźnieniem (jeden bilet 16 BGN). Jedziemy do Warny, gdzie planujemy przesiadkę. W Warnie udaje nam się znaleźć dość sprawnie bus, który o dziwo odjeżdża z tego samego dworca i po 16 jesteśmy w Bałcziku (jeden bilet 8 BGN).

Wyskakujemy na przystanku przed samym centrum, bo bliżej z niego mamy do motelu, w którym nocujemy. Po zameldowaniu idziemy coś zjeść.

Trafiamy do Restaurant the Castle i jest to świetny wybór. Dostajemy świeże, lokalne jedzenie, na tradycyjnej ceramice, w miłych okolicznościach (obiad dla 4 osób 110 BGN).

Po obiado-kolacji idziemy w dół, w stronę zespołu architektoniczno-parkowego „Ciche Gniazdo”. Składa się on z niewielkiego pałacu rumuńskiej królowej Marii oraz rozległego ogrodu botanicznego przy nim.

Całe założenie prezentuje się dość romantycznie. Po ocienionych zielenią alejkach można chodzić godzinami. Z punktów widokowych podziwiać można morze i stojący nad brzegiem pałacyk.

Po tym romantycznym spacerze, idziemy na wieczorny rekonesans miejscowej promenady i drinka w jednej z nadmorskich knajpek (jeden Aperol Spritz 15,90 BGN). Jest tu bardzo ładnie. Znacznie mniej ludzi i tak jakby bardziej elegancko.

Lokale się powoli zapełniają, ludzie trochę spacerują, gdzieniegdzie gra rozrywkowa muzyka. Stoiska z pamiątkami nie straszą jakoś bardzo…

Już nocą wracamy do naszego motelu.

Dzień 10 | Przylądek Kaliakra – Plaża Bolata

Mimo, iż nie udaje nam się znaleźć połączenia autobusowego na Przylądek Kaliakra, nie poddajemy się. Zostajemy na jeszcze jedną noc w Bałcziku, ale zmieniamy hotel (bo w motelu nie ma wolnych pokoi) na taki położony bliżej promenady. Próbujemy wynająć samochód na jeden dzień w wypożyczalni, ale nie ma opcji… Zagadujemy zatem dobrze mówiącą po angielsku menadżerkę hotelu, która proponuje nam wynajęcie samochodu z kierowcą, który zwiezie nas na przylądek. Meldujemy się w hotelu Princess Residence, dostajemy nawet ręczniki plażowe 🙂 Wszystko przebiega tym razem wyjątkowo sprawnie. O 12:30 ruszamy spod hotelu w stronę przylądka wygodnym samochodem i wtedy… zaczyna lać deszcz 🙂

Pan kierowca nie komentuje (chyba nie mówi po angielsku w ogóle) i spokojnie jedzie dalej. Po pół godzinie jesteśmy na miejscu. Przed wjazdem na parking pobierana jest opłata od samochodu i ilości osób (płacimy w sumie 27 BGN). Na szczęście trochę się przejaśnia. Umawiamy się za godzinę i idziemy. Wieje, trochę mży, ale widoki piękne.

Na miejscu jest dość sporo i samochodów i turystów. Chyba wszyscy z okolicy postanowili wykorzystać ten pochmurny dzień na aktywność inną niż plażowanie. Przechodzimy przez pozostałości starych murów i zabudowań, aż na sam czubek przylądka.

Na samym końcu przylądka jest bardzo malowniczy zakątek wśród skał, gdzie wszyscy robią sesje zdjęciowe i trochę trudno się dopchać. Udaje nam się jednak zrobić pamiątkowe zdjęcia. Nawet w taką pochmurną pogodę jest tu pięknie.

Wracając zaglądamy jeszcze do małego muzeum w jaskini. Jest też restauracja, ale nie mamy czasu skorzystać, bo czeka przecież na nas samochód. Dokładnie po godzince dochodzimy na parking i prosimy naszego kierowcę o zawiezienie na plażę Bolata nieopodal.

Plaża Bolata

Tutaj już prawie nikogo nie ma. Plaża jest urocza, położona w malowniczej zatoczce, z miękkim piaskiem. Trochę popaduje, więc nie kąpiemy się, ale ściągamy buty i brodzimy w chłodnej wodzie.

Trochę zastanawiające są betonowe falochrony na obu końcach plaży. Nie bardzo wiemy, czemu mają służyć, a trochę odbierają dzikości tej naturalnej zatoce.

Powoli kończymy, chociaż można jeszcze wejść schodkami i ścieżką na górkę, na której jest wojskowa stacja obserwacyjna. Na pewno są tam piękne widoki na zatokę. Przy ładniejszej pogodzie miały by to sens, my jednak wracamy do naszego pana kierowcy, który z powrotem zawozi nas pod hotel.

Cała wycieczka trwała 3 godziny (czyli 2 godziny spacerowania i godzina przejazd) i kosztowała 80 BGN (około 170 PLN) za 4 osobową rodzinę. I nie żałujemy, było warto. Przy ładnej pogodzie na pewno warto dodać jeszcze z godzinkę przy plaży Bolata i wejść na górkę. Dla osób bez samochodu jest to w zasadzie jedyna możliwa opcja.

Pełni wrażeń idziemy na obiad do jednej z restauracji na promenadzie. Potem spacerujemy nabrzeżem, zaglądamy do przystani, a nawet idziemy pod górę do centrum Bałczika, sprawdzić gdzie jest przystanek autobusowy.

Wieczorem promenada ożywa. Restauracyjne tarasy, wysunięte na platformach w morze, zapełniają się gośćmi, gwarem i muzyką. Nie ma jednak tłumów, a wieczorne światła malują na wybrzeżu ładne pejzaże.

Dzień 11 | Bałczik – Warna – Wielkie Tyrnowo

Dzisiaj dzień w dużej części w podróży, no ale inaczej się nie da. Pakujemy się i od razu ruszamy w stronę przystanku autobusowego, z którego, jak nam się wydaje, odjeżdża bus do Warny. Idziemy cały czas pod górę, w słońcu, ostatni raz spoglądając na Morze Czarne nad Bałczikiem.

Przygody z autobusem

Po około 30 minutach dochodzimy do miejsca, które oznaczone jest na mapach jako „Baltchik Bus Station” i wg tego co udało nam się ustalić stąd odjeżdżać powinien ten bus… Próbujemy czegoś się dowiedzieć, bo jednak nie ma tu żadnego budynku dworca. W punkcie sprzedaży biletów lokalnego przewoźnika autobusowego kobieta ani słowa po angielsku, w punkcie Western Union ani słowa po angielsku…trochę puszczają nam nerwy. Zagadujemy kobietę na przystanku i łamanym niemieckim dowiadujemy się, że to nie to miejsce jednak. Właściwy przystanek jest 40 minut na piechotę stąd! Kobieta nawet chce nas podwieźć bo czeka na samochód, ale jest nas za dużo.

Potrzebujemy taksówki. Zbieramy się na odwagę i zagadujemy grupkę mężczyzn siedzących pod sklepem… Jeden z nich nawet coś tam mówi po angielsku i zamawia nam taksówkę. W sklepie kupujemy jeszcze gorące banice i ayran…i za kilka minut jedziemy w stronę przystanku, o którym w życiu nie powiedzielibyśmy, że to jakiś przystanek. Jest to parking pod marketem…(ABC Market, ul. Dunav 8) Taksówkarz nas zapewnia jednak, że tu właśnie mamy czekać na bus do Warny. Czekamy. I rzeczywiście po jakimś czasie schodzą się ludzie i pojazd przyjeżdża. Uff…Poruszanie się autobusami po Bułgarii wymaga dużo cierpliwości.

Warna

O 12:30 dojeżdżamy do Warny. Upewniamy się trzy razy, czy na pewno stąd odjeżdża nasz kolejny autobus i zostawiamy bagaże w przechowalni (na szczęście jest czynna), chociaż w tej radości zapominamy spojrzeć na ceny… Miejskim autobusem dojeżdżamy do centrum i kierujemy się w stronę Muzeum Archeologicznego. Znajduje się tu bardzo ciekawa ekspozycja przedmiotów z epoki prehistorycznej oraz starożytności, w tym złote przedmioty z okresu neolitu pochodzące z nekropolii z terenów Warny. Jest to najstarsze znalezisko tego typu na świecie. Wystawa jest bardzo dobrze przygotowana, opisana i zaprezentowana. Naprawdę warto. Zwiedzenie prawie wszystkiego zajmuje nam około półtorej godziny.

Z Muzeum idziemy jeszcze spacerkiem zobaczyć Termy Rzymskie z II w. n.e. Najbardziej zaskakuje w nich kontrast z otaczającą współczesną zabudową.

Po południu idziemy jeszcze przejść się plażą (która jest równie zatłoczona jak w Słonecznym Brzegu) i wchodzimy do plażowej restauracji w futurystycznym budynku na obiad.

Wychodząc z restauracji wydaje nam się, że mamy dość czasu na podejście kawałka i podjechanie autobusem na dworzec… Okazuje się jednak, że po drodze był wypadek i autobusy w tym rejonie nie jeżdżą… No cóż – pędzimy na piechotę. Na ostatnim kawałku udaje nam się jednak złapać jakiś pojazd i docieramy na miejsce o czasie.

Tutaj następuje zderzenie z przechowalnią bagażu, bo okazuje się, że za 5 godzin tej usługi płacimy 50 BGN (ponad 100 PLN)!!! Jesteśmy wstrząśnięci…

O 18 ruszamy w kierunku Wielkiego Tyrnowa – ostatniej miejscowości na naszej trasie.

O 21:45 docieramy do Wielkiego Tyrnowa i na piechotę idziemy w kierunku naszego noclegu. Już od pierwszych chwil miasto, a szczególnie stara część, gdzie nocujemy, robi na nas pozytywne wrażenie.

Dzień 12 | Wielkie Tyrnowo

Wielkie Tyrnowo jest jednym z najstarszych miast Bułgarii. Położone na kilku wzgórzach, nad meandrującą wśród nich rzeką Jantrą, słynie z bardzo dobrze zachowanej zabytkowej części miasta. Urocze, niewielkie domy w stylu odrodzeniowym z kamiennym parterem i drewnianym piętrem, otoczone balkonami i tarasami, skąpane w winoroślach ciągną się gęstą zabudową wzdłuż wąskich uliczek. Na szczególną uwagę zasługuje ul. Generała Gurko, na której udało nam się, dzień wcześniej, zarezerwować nocleg w Hostelu Pashov (dwie noce dla 4 osób 288 BGN). Zajmujemy w zasadzie całe piętro budynku – dwa pokoje z łazienką i małym aneksem kuchennym dostępnymi z korytarza. Hostel jest niewielki, ale pokoje schludne, a widok z okna piękny!

Doskonale stąd widać, że dzięki swojemu położeniu nad rzeką i na wzgórzach, miasto, oprócz oryginalnej zabudowy, skąpane jest w zieleni. Ruszamy!

Już pierwsze kroki dają przedsmak tego, co nas dzisiaj czeka – cały dzień chodzenia wśród przepięknej, starej architektury w 36 stopniowym skwarze 🙂 Wspaniale! Po pierwszych zachwytach zaczynamy jednak od śniadania w Mehana Tihiyat kut (Механа „Тихият Кът”) na końcu ulicy Gurko, która jest otwarta od 11 i jesteśmy pierwszymi gośćmi.

Po sytym śniadaniu idziemy na wzgórze z widocznym z daleka, charakterystycznym pomnikiem dynastii Assen (Паметник на Асеневци).

Obok pomnika znajduje się budynek galerii, w którym na szczęście jest kawiarenka. Przysiadamy w cieniu na zimnej lemoniadzie delektując się wspaniałym widokiem na zbocze z zabytkową zabudową po drugiej stronie rzeki. Domki stoją tak gęsto, że wyglądają jakby stały jeden na drugim. Po chwili skupienia znajdujemy również i nasz hostel.

Hotel Veliko Tarnovo

Zaskakującym rozwiązaniem urbanistycznym jest natomiast w Wielkim Tyrnowie gigantyczny hotel w stylu social modernizmu, usytuowany na zboczu, tuż przy drobnych, renesansowych, starych domkach… Zaprojektowany w 1967 roku, a oddany do użytku w 1981 roku jako Interhotel „Veliko Târnovo” jest przykładem monumentalnego i bezkompromisowego podejścia do architektury tego okresu. Oprócz skali założenia, charakteryzują go poziome linie, powtarzalne elementy i symetria. Można tu też dostrzec pewne próby nawiązania do regionalnej architektury w postaci wygiętych daszków czy przedłużonych balkonów. Hotel, po początkowych latach świetności, stał wiele lat zaniedbany, a nieudane renowacje pozbawiły go charakterystycznych elementów we wnętrzach. Obecnie wygląda, że idzie ku lepszemu. W części budynku działa luksusowy Grand Hotel Veliko Tarnovo, a olbrzymi obiekt jest cały czas remontowany. Wchodzimy nawet do głównego holu, ale wnętrze to już jest zupełnie nowoczesna bajka… Z balkonów natomiast musi być przepiękny widok!

Robimy pętelkę i klucząc wąskimi uliczkami idziemy pod górę, zachwycając się ślicznymi domkami. Na ulicy Gurko nie ma żadnych sklepów z pamiątkami i w ogóle żadnych sklepów, więc miejscami wygląda to jak scenografia do filmu z epoki. Co jest optymistycznie zadziwiające, biorąc pod uwagę, że nie ma tu obiektów ani miejsc wpisanych na listę UNESCO, ani nie jest to nawet rezerwat architektoniczny… A może właśnie dlatego (patrz Nesebyr!).

Przechodzimy obok świątyni z 1873 roku i wąską uliczką po schodkach wychodzimy na górną ulicę.

Chwilę odpoczywamy przy zimnych napojach w zacienionym, ładnym ogródku restauracji Malkya inter i idziemy dalej. Mimo skwaru, postanawiamy jednak wejść na wzgórze z Twierdzą Carewec.

Twierdza Carewec

Mimo iż nie jest to jakaś wysoka czy stroma górka, wejście zajmuje nam sporo czasu. Ze względu na żar lejący się z nieba, co chwilę musimy robić przystanki. Doczłapujemy się w końcu do Soboru Wniebowstąpienia Pańskiego. Budynek został odbudowany w latach 90-tych i zaskakuje wewnętrznym freskami, które nie są kopiami oryginalnych i nie zostały wykonane zgodnie z prawosławnymi kanonami. Są bardzo nowoczesne, ale i niezwykle intrygujące.

Z góry podziwiać można rozległą panoramę całego Wielkiego Tyrnowa i meandrującej w dole rzeki, poprzecinanej mostami.

Samovodska charshia

Po zejściu kierujemy się w stronę rynku Samovodska charshia market (Самоводска чаршия). To tutaj zlokalizowane są sklepiki z rękodziełem, pamiątkami, lokalnymi wyrobami, winem i ceramiką. Jest jednak pusto, zapewne ze względu na ukrop… ale jednak jest środek sezonu, więc trochę nas to dziwi.

W jednym z warsztatów pan robi piękne talerze i misy, wzorowane na znalezionych przy pracach archeologicznych fragmentach dawnej ceramiki, udostępnionych mu przez muzeum. Bardzo nam się podobają i postanawiamy zakupić jeden duży talerz do naszej kolekcji (ostatnio z każdej podróży przywozimy taką pamiątkę). Potrzebujemy jednak gotówki więc ruszamy na poszukiwania bankomatu. Ale nie spieszymy się i po drodze oglądamy jeszcze parę ładnych budynków, między innymi St. Nikolay Church i bardzo piękny „Dom z małpą” z charakterystyczną elewacją z zaokrąglonym wykuszem i ceglaną okładziną z wypukłą fugą.

Bankomat jest po drugiej stronie ulicy i przy okazji odkrywamy też punkt widokowy, ukryty w wąskim przejściu między budynkami, z fantastycznym widokiem na zakole Jantry.

Wracamy do warsztatu z ceramiką. Nasz talerz czeka już na nas zapakowany. Dokupujemy jeszcze ręcznie robiony magnesik.

Wracamy do hotelu chwilę odpocząć. Dzieci zrobiły to już z dwie godziny temu 🙂

W okolicach 20 udajemy się na naszą ostatnią w Bułgarii kolację. Nie idziemy daleko, bo już wcześniej upatrzyliśmy sobie restaurację na ulicy Gurko – Gurko Hotel and Tavern. Siadamy przy jednym ze stolików na zewnątrz. Obsługa mówi po angielsku, jedzenie jest pyszne, wino znakomite! To bardzo udana ostatnia wieczerza 🙂

Spacerujemy jeszcze chwilę nocnymi uliczkami Wielkiego Tyrnowa i wieczór kończymy w kawiarni Hipster przy Samovodska charshia.

Dzień 13 | Wielkie Tyrnowo – Sofia – Wrocław

Przed 11 opuszczamy nasz hostel i idziemy spacerkiem w kierunku dworca autobusowego. Zatrzymujemy się na śniadanie w barze/sklepie FRESH (ul. Hristo Botev 17) i oprócz dobrej kawy, świeżo wyciskanego soku i kanapek zjadamy tu niebywale pyszne, greckie ciasto pomarańczowe Portokalopita. O 12:30 ruszamy autobusem do Sofii (jeden bilet ok. 25 BGN).

Podróż trwa prawie trzy godziny, ale mija szybko. Wysiadamy na lotnisku, licząc na to, że jest tam jednak przechowalnia bagażu…nie ma. No trudno. Jedziemy metrem z bagażami do centrum. Mamy jeszcze parę godzin do odlotu samolotu i chcemy coś zjeść i kupić pamiątki. Szwendamy się trochę po bulwarze Vitosha, zjadamy coś w jednej z restauracji, ale tak jak za pierwszym razem tak i za drugim nie robi na nas specjalnego wrażenia.

Wracamy na lotnisko. Terminal 2, z którego odlatuje nasz samolot i na który przyjeżdża metro jest nowoczesny i dobrze zorganizowany. Jest tu całkiem sporo sklepów i miejsc z jedzeniem. Nasz samolot jest opóźniony o około dwie godziny, ale dostajemy od Ryanaira vouchery na napoje 🙂 W domu jesteśmy o 2:30 w nocy.

Bułgaria – podsumowanie

Podsumowując naszą dwutygodniową wycieczkę po Bułgarii – była to bardzo udana wyprawa! Wyjechaliśmy z lekkim niedosytem, ale to zawsze lepiej niż z przesytem. Zobaczyliśmy piękne miejsca, jak Góry Rilskie i Piramidy Melnickie, odkryliśmy piękno odrodzeniowej architektury w Płowdiwie i Wielkim Tyrnowie i odpoczęliśmy nad Morzem Czarnym. Zwiedzenie całego, nawet tak w sumie niedużego kraju, jak Bułgaria jest oczywiście niemożliwe w dwa tygodnie, ale zdecydowanie warto było taką przekrojową wycieczkę zrobić.

Porównując tą wyprawę z bardzo podobną w charakterze, którą odbyliśmy po Gruzji, ta była bardziej wymagająca komunikacyjnie. Odnieśliśmy wrażenie, że wewnętrzna część Bułgarii, która jest znacznie ciekawsza niż komercyjne wybrzeże, jeszcze nie do końca wie jak wykorzystać swój potencjał. Z drugiej strony jednak, są to tereny nietknięte przez masową turystykę i dzięki temu bardzo szczere i fascynujące. Piękne krajobrazy, pyszne jedzenie, regionalna architektura i przyjaźni ludzie – to lubimy najbardziej!