Gruzja – kraj, który ma wszystko.
Wrocław – Kutaisi – Jaskinia Prometeusza – Mestia – Zhabeshi – Adishi – Batumi – Tbilisi – Telawi – Winnica Khareba – Gremi – Uplisciche – Kanion Okatse – Wrocław
czas: 14 dni
termin: 14.07.2018 – 28.07.2018
Gruzja cały czas brzmiała dla nas egzotycznie. Kraj na pograniczu kontynentów. Geograficznie to już prawie Azja, ale formalnie prawie Europa. Góry, morze, wino. Doświadczyliśmy już trochę egzotyki na zeszłorocznej wyprawie do Maroka, ale postanawiamy eksplorować ją tym razem na innym kontynencie! I to na długiej, wakacyjnej wyprawie.
Dzień 1 | Kutaisi
Lot z Wrocławia do Kutaisi mamy o świcie więc trochę dosypiamy w samolocie ale przed południem jesteśmy już na miejscu. Gruzja od razu częstuje nas pierwszym w naszym życiu chaczapuri z ulicznego okienka. Robimy rekonesans. Zaczynamy od miejscowego targu, na którym zaopatrujemy się w świeże warzywa, owoce, ser a także czurczchele (miejscowy deser – orzechy zatopione w winogronowym soku) i siadamy w parku na degustację.




Idziemy na spacer w stronę katedry Bagrati wzdłuż brzegów wezbranej rzeki Rioni. Dzień jest dość pochmurny i deszczowy, co dodatkowo potęguje wrażenia. Zwisające wszędzie w totalnym chaosie sieci kabli elektrycznych okazują się bardzo charakterystycznym widokiem, którym co rusz zaskakuje Gruzja.




Na wieczorną kolację wybieramy restaurację Gardenia w paku obok White Bridge. Dzieciaki mogą pobiegać a my nacieszyć dodatkowo oczy widokiem kłębiących się wód rzeki. Ale nie to jest głównym punktem wieczoru. Dzisiaj pierwsze większe spotkanie z gruzińską kuchnią. Zamawiamy chaczapuri z serem, chaczapuri lobiani (wypełnione czerwoną fasolą), do tego zupę, makaron, pieczone ziemniaki i oczywiście wino. Szaleństwo, ale wszystko pyszne! A ceny bardzo przystępne. Siedzimy długo i napawamy się tymi chwilami. W końcu zaczyna lać dość mocno więc zmykamy do hotelu.



Dzień 2 | Jaskinia Prometeusza
Niedaleko Kutaisi znajduje się przyrodnicza atrakcja – Jaskinia Prometeusza. Wybieramy się tam drugiego dnia. Mimo sporej ilości turystów, którzy zjeżdżają tu pełnymi autokarami, miejsce jest zachwycające i przyprawia o zawrót głowy. Jest to rozległa jaskinia pełna stalaktytów i stalagmitów oświetlona dodatkowo kolorowymi światłami LED. To kontrowersyjne rozwiązanie podobno nie wszystkim się podoba ale trzeba przyznać, że robi piorunujące wrażenie.









Idąc przez jaskinię ma się wrażenie uczestniczenia w jakimś spektaklu albo też filmie z dużą ilością efektów specjalnych. Mija się formacje przypominające zastygłą lawę, zatrzymane w kadrze wodospady, paszcze potworów, zęby dinozaurów, wybuchające wulkany… Aparat sam się rwie żeby na dłużej zatrzymać te obrazy.







Jaskinia raz jest niska na kilka metrów a raz strzelista jak katedra na kilkadziesiąt. W zasadzie co parę kroków człowiek wydaje z siebie dźwięki zachwytu i niedowierzania.











Po wyjściu potrzebujemy chwili, żeby ochłonąć na powierzchni. Postanawiamy pospacerować po okolicy wśród zapomnianych zabudowań, szutrowych dróg i pomysłowych a przy tym malowniczych ogrodzeń. Gruzja poza utartymi szlakami niezmiernie nam się podoba.











Trochę się zgubiliśmy ale na szczęście na drodze udaje się złapać marszrutkę do Kutaisi. Tam, po intensywnym dniu pełnym wrażeń, zanurzamy się w kolejne zasłużone spotkanie z gruzińskimi smakami 🙂


Dzień 3 | Mestia
Nazajutrz jedziemy dalej – kierunek Swanetia, wysokogórski region Gruzji. Jedziemy do Mestii przez Zugdidi, tam zmieniamy marszrutkę a także uzupełniamy braki w prowiancie. Niedługo po wyjeździe z Zugdidi zaczynają się wyłaniać góry i widoki są zachwycające.



Marszrutka jakby na zawołanie zatrzymuje się na postój przy przydrożnej knajpce z widokiem na zbiornik wodny utworzony przez rzekę Inguri. Mamy czas rozprostować nogi i podziwiać widok szmaragdowej wody między porośniętymi gęsto zielenią górami. Po chwili ruszamy dalej ale widoki dopiero się rozkręcają.









Jeszcze przed godziną 15 docieramy do Mestii. To niewielka ale urokliwa wioska, stolica regionu i początek eskapad w góry. Od razu znajdujemy na miejscu hotel. Po chwili siedzimy już na pierwszym posiłku w lokalnej knajpce z balkonikiem – sałatka gruzińska, miejscowy ser, grubo ciosane frytki, piwo a także lokalna oranżada. Rewelacja!






Swanetia znana jest między innymi ze średniowiecznych, kamiennych wież obronnych, które malowniczo wpisują się w krajobraz każdej wioski. Po posiłku idziemy oczywiście pozwiedzać jedną z nich.


Można wejść do środka, wspiąć się po drabinach na sam szczyt i przez wąskie otwory podziwiać panoramę okolicy. Chodzimy jeszcze po okolicy, podglądając miejscowe zwyczaje i tradycyjne pieczenie chleba w piecu a także dowiadując się paru ciekawych rzeczy w punkcie informacji turystycznej. Wieczorem jemy jeszcze kolację w jednej z lokalnych restauracji. Tym razem jest to pyszne lobio – czerwona fasola zapiekana w glinianym naczyniu z kolendrą i warzywami. Do tego oczywiście miejscowy okrągły chleb z pieca.


Dzień 4 | Mestia – Zhabeshi
Ruszamy na trekking! Trasa z Mestii do Ushguli jest przewidziana na 4 dni. Robimy zapasy prowiantu i wody w sklepie i ruszamy. Nie mamy rezerwacji noclegów. Turystów nie ma dużo. Liczymy na przygodę!




Trasa od razu pnie się w górę. Podziwiamy widoczne dobrze z góry zabudowania Mestii z wieżami oraz wezbrane o tej porze roku wody lokalnej rzeki. Mijamy również krowy, psy i świnie, które nic sobie nie robią z naszej obecności.





W oddali już widać tonące w chmurach szczyty. Górzysta Gruzja oszałamia swoim nieprzyzwoitym pięknem.








Zhamushi
Jest pięknie ale gorąco i jesteśmy już mocno zmęczeni. Potrzebujemy odpoczynku. Po kilku godzinach trekkingu schodzimy ze szlaku do najbliższej wioski – Zhamushi. I jest to strzał w dziesiątkę. Zatrzymujemy się przy domu, przed którym stoi coś w rodzaju szyldu (z gruzińskimi napisami), który sugeruje, że można tu coś kupić. Sympatyczna Pani zaprasza nas do stołu w ogródku. Trochę na migi, trochę po angielsku tłumaczymy, że jeść i pić 🙂 Wszystko jasne! Za chwilę na stole ląduje sałatka z pomidorów, ogórków i cebuli, które przed chwilą Pani zebrała z ogródka, chrupiący, świeżutki chleb i przede wszystkim domowy ser. Tak smakuje Gruzja! Dostajemy też zimną wodę a dzieci nawet lody! Jesteśmy w raju! Jest nam tak dobrze, że siedzimy tam z godzinę, nabierając siły na dalszą podróż.




Schodzimy w stronę rzeki, którą wkrótce będziemy musieli przekroczyć, bo szlak biegnie po drugiej stronie. Rzeka rwąca, żadnego mostu nie widać, słońce praży a my już u kresu sił. Pierwszy most, który przechodzimy okazuje się nie tym co trzeba i musimy zawrócić.



Mijamy resztki konstrukcji, które sugerują, że mostki były ale się zmyły. Spotykamy też znaki, które proponują przejście przez rzekę na nogach, ale raczej nie o tej porze roku…




Nareszcie jest właściwy most! Około godziny 19 jesteśmy w końcu w Zhabeshi – tu zamierzamy przenocować.

Zhabeshi
Na miejscu rozglądamy się za noclegiem. Podchodzimy do jednego z domów. Rezolutny wnuczek prosi, żebyśmy poczekali bo musi spytać babci. Babcia ogląda nas surowym okiem ale przyjmuje. Przed wejściem nakazuje zdjąć buty i dostajemy prześliczne kolorowe kapciuszki. Po 9 godzinnym trekkingu, różowe czyściutkie ręczniki poskładane na łóżkach i gorąca kąpiel pod prysznicem robią na nas ogromne wrażenie. Wnuczek zaprasza na dół na kolację. Okazuje się, że oprócz nas w pensjonacie Gogia jest jeszcze 4 osobowa grupka Czechów więc robi się swojsko. Na dole, w salonie zastajemy suto zastawiony stół. Gruzja słynie ze swojej gościnności ale to jest czyste szaleństwo! Dwie starsze Panie uwijają się w kuchni donosząc co rusz nowe potrawy. Wszystko smakuje wybornie! Przy miłej rozmowie popijamy z Czechami domowej roboty winko. Na długo zapamiętamy ten dzień!



Dzień 5 | Zhabeshi – Adishi
Po wspaniale przespanej nocy schodzimy na śniadanie, w zasadzie w ostatniej chwili bo Czesi już zjedli. Poprzedniego wieczoru dowiadujemy się od nich, że plecaki wozi im, z miejsca na miejsce, kierowca. Postanawiamy skorzystać z tego pomysłu bo dźwiganie dość ciężkich plecaków w tym skwarze jednak nie jest na naszą kondycję. Obrotny wnuczek, który dość dobrze mówi po angielsku, obiecuje zorganizować przewóz naszych plecaków do kolejnej wioski na szlaku, do hostelu, w którym rezerwuje nam także nocleg. Na drogę dostajemy jeszcze od babci prowiant. Szok! Gościnność Gruzinów chyba nie zna granic.



Żegnamy się z Zhabeshi. Idziemy stromo pod górę i jeszcze długo widzimy dom, w którym nocowaliśmy i resztę zabudowań. Z daleka wyłaniają się charakterystyczne, ośnieżone szczyty Uszby. Pierwsze podejście jest bardzo trudne – stromo, skwar, zero cienia. Dobrze, że chociaż nie mamy już plecaków. Mijamy stada krów. Na pierwszym przystanku, w cieniu drzewa zjadamy pyszny prowiant.







Szlak przecina drogę, którą można tu sobie normalnie wjechać samochodem. Rozpościerają się stąd obłędne widoki. Wtem… drogowskaz z napisem „MARKET 100 m”. Co takiego? Gruzja jest pełna niespodzianek. Pędzimy sprawdzić.




Market
Okazuje się, że na wysokości ponad 2000 m n.p.m. stoi budka, w której można kupić chłodne napoje, wodę, piwo a także coś do zjedzenia. Przed budką stoi stół i ławy w cieniu parasola. Dwie przemiłe Panie, zachwycone, że widzą dzieci na tej wysokości, karmią je ciastem i colą a nas zimnym piwem. Siadamy z tym piwem, patrząc na oszałamiającą perspektywę przed sobą i nie możemy do końca uwierzyć. Tkharpel Hut Cafe – gorąco polecamy!

Potem już jest bardziej „z górki”.





W końcu dzieciaki, biegnące na przedzie, krzyczą, że „jesteśmy”! Dochodzimy na skraj ścieżki a tam rozpościera się jeden z najpiękniejszych widoków w naszym życiu. Na zboczu zielonej doliny, skąpana w słońcu i ukwieconej polnymi kwiatami łące, zupełnie zjawiskowa i nieprawdopodobna wioseczka złożona z kilku domów i średniowiecznych, kamiennych wież.


To Adishi. Schodzimy powoli, nasycając zmysły wszystkim dookoła. Na łąkowych zboczach pasą się konie, w dole meandruje rzeka. Kamienne wieże w tym dziewiczym krajobrazie sprawiają wrażenie nierealnych.

Adishi
Docieramy do domu, w którym mamy mieć nocleg i gdzie powinny być także nasze plecaki. Plecaki są ale z miejscem na nocleg gorzej. Okazuje się, że to rodzaj hostelu i nocleg jest na wieloosobowej sali, a nie do końca o to nam chodziło. Warunki są dość spartańskie, a chętnych sporo jak na tą małą wioseczkę. Okazuje się, że wśród okolicznych domków też nie bardzo jest dla naszej czwórki nocleg. No cóż, widocznie tak miało być. Zagadujemy, czy ktoś może nas zwieźć do Mestii. Oczywiście nie ma problemu. Z lekką obawą wsiadamy do rozklekotanej terenówki z dwoma Gruzinami. Przy akompaniamencie skocznej gruzińskiej muzyczki, pędzimy górskimi, szutrowymi drogami po zboczach w dół. Jest przygoda! W tym samym hotelu co poprzednio od razu znajduje się dla nas pokój. Oddychamy z ulgą chociaż trochę nam jednak szkoda, że nie zrobiliśmy całego trekkingu. Na pocieszenie idziemy na pyszną kolację.
Dzień 6 | Mestia – Batumi
Rano łapiemy marszrutkę do Batumi. Busik znowu przejeżdża wzdłuż rzeki Inguri i zatrzymuje się na postój w malowniczym miejscu. Żegnamy się ze Swanetią, kamiennymi wieżami, dzikimi górami i zielonymi dolinami, które ukryła tu przed światem Gruzja.


Wczesnym popołudniem, po około 5 godzinach podróży, docieramy do Batumi. Były góry, jest morze. Morze Czarne. Rezerwujemy aż trzy noclegi. W pokoju hotelowym chwilę odpoczywamy po czym idziemy w miasto. Dzisiaj musimy trochę odpocząć po ostatnich górskich przygodach. Winko, jedzonko, plażing.


Plaża w Batumi jest kamienista ale bardzo malownicza. Obserwujemy dzieci bawiące się w morzu, na tle zachodzącego słońca. To zdecydowanie Gruzja wypoczynkowa.


W drodze powrotnej do hotelu przechodzimy obok słynnej, ruchomej rzeźby Ali & Nino – postaci mężczyzny i kobiety poruszających się i przenikających przez siebie.


Dzień 7 | Batumi – Gruzja kurortowa
Batumi jest skrajnie dziwnym miastem. Na pierwszy rzut oka wygląda zachodnioeuropejsko. W środku najstarszej części miasta, w zabudowie której można dopatrzyć się wpływy wielu kultur, główny plac stworzony zupełnie od nowa, parę lat temu, z budynkami w stylu włoskim i olbrzymią mozaiką na posadzce. Plac okalają kafejki i restauracje, odbywają się tu też występy muzyczne. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że to taka enklawa dla turystów…. Prawdziwa Gruzja raczej rzadko tu zagląda.
Promenada
Wzdłuż szerokiej, zadbanej, nadmorskiej promenady budują się wysokie, luksusowe hotele. Jednak, gdy przyjrzeć się bliżej, wszystkie budowy wyglądają na wstrzymane, a niektóre na opuszczone od dawna… Z futurystycznego hotelu w kształcie jajka straszą puste okna i balkony, w budynku obok wiatr hula po niedokończonych kondygnacjach, groteskowa, przypadkowa architektura budynków kawałek dalej wygląda jak inspirowana najgorszym wydaniem „Baśni 1001 nocy” ale, jakby tego było mało, przed nimi stoi „koloseum”!








Wśród tego olbrzymi, stary budynek hotelowy w stylu kolonialnym, kiedyś zapewne piękny ale dzisiaj sypiący się pod naporem spontanicznych nadbudówek, klimatyzatorów i anten satelitarnych. Zamieszkany raczej przez mieszkańców a nie turystów.

W głębi postsowieckie bloki mieszkalne z wielkiej płyty, upstrzone czym się tylko dało, będące swoistym studium wyobraźni i własnej inicjatywy każdego mieszkańca. Mieszkańcy, ku inspiracji zapewne, z okien mają widok na dom postawiony do góry nogami. W stylu klasycznego dworku. Przed blokami stoi dodatkowo gigantyczny, plastikowy aquapark do którego wchodzi się przez „zamek”. W tym wydaniu Gruzja nieco oślepia wrażliwe na estetykę oko…







Dalej bardzo ładny park z jeziorkiem, bambusowym laskiem, ciekawymi rzeźbami i roślinnością. Na końcu parku delfinarium, w który postanawiamy nieco ukoić zmysł wzroku, spędzając miło czas na pokazie popisów mądrych zwierzaków. Ufff…



Dzień 8 | Batumi – Ogród Botaniczny
Następnego dnia jedziemy zwiedzić Ogród Botaniczny pod Batumi. Śniadanie jemy dopiero w knajpce przed wejściem do Ogrodu – pyszne chaczapuri i sałatkę gruzińską.

Ogród zachwyca już od wejścia egzotyczną roślinnością a także spektakularnym widokiem na wybrzeże i panoramę Batumi w dali.







Można tu podziwiać najróżniejsze gatunki drzew, kwiatów, krzewów, są jeziorka, w których pływają rybki, są palmy, bambusy ale także tajemnicze zakątki. Spędzamy tu sporo czasu z przyjemnością. Zdecydowanie jest to Gruzja egzotyczna.





Następnie schodzimy z Ogrodu bezpośrednio na mało uczęszczaną, spokojną plażę z milionem przepięknych otoczaków. Przy samej plaży jest stacja kolejki, która zabiera nas z powrotem do Batumi.


Znowu chłoniemy zaskakującą, zróżnicowaną architekturę i klimat Batumi.



Po kolacji, wybieramy się na wieczorną eksplorację Bulwaru Batumi, na którym wszystkimi kolorami tęczy mienią się: Alphabet Tower, olbrzymie koło młyńskie, latarnia morska i oczywiście Ali & Nino. Wjeżdżamy windą na obrotową platformę na Alphabet Tower, z której z góry można podziwiać oświetloną promenadę a także zamówić coś do picia.







Dzień 9 | Batumi – Tbilisi
Jedziemy do Tbilisi – stolicy Gruzji. W autobusie trochę dosypiamy po wczorajszych szaleństwach. Nie mamy rezerwacji noclegu więc idziemy na żywioł. Po niedługim czasie poszukiwania, znajdujemy niezwykły hostel, w starej kamienicy, w sercu starego miasta. Olbrzymie i wysokie kiedyś pokoje zostały w nim sprytnie podzielone na mniejsze ale przytulne pokoiki. My nawet załapujemy się na pokój z łazienką. Jest już późne popołudnie, pada letni deszczyk ale ruszamy w miasto.




Zaczynamy od szybkiej kolacji w jednej z knajpek. Potem spacerujemy po starym Tbilisi zaglądając do otwartych kościołów prawosławnych, sklepików z winem i lokalnymi specjałami, jedząc lody ze śmiesznej budki zrobionej ze starego wagonika tramwajowego. Podziwiamy nowoczesny, oświetlony Most Pokoju.





Po powrocie do hostelu okazuje się, że działa tu zlokalizowany na piętrze bar. Przytulne, trochę tajemnicze wnętrze (wchodzi się przez szafę!) zachęca nas do wejścia. Na zewnętrz cały czas popaduje deszcz, błyszcząc się malowniczo w świetle ulicznych latarni. Siadamy na dwuosobowym balkoniku z drinkami a dzieci przy stoliku w środku grają w planszówki. Dość długo jesteśmy sami, dopiero późnym wieczorem schodzi parę osób. Atmosfera jest bardzo domowa, luźna i przyjemna. Z Valiko Hostel & Bar zostają nam jedne z najlepszych wspomnień.







Dzień 10 | Tbilisi – stolica Gruzji
Nocleg mamy na dwie noce więc rano nie musimy się spieszyć i zaczynamy grubo po 10-tej. Idziemy w stronę Abanotubani – najstarszej dzielnicy Tbilisi. Mijamy stare łaźnie siarkowe, których kopulaste dachy podziwiamy jednak tylko z zewnątrz. Zatrzymujemy się na późne śniadanie w jednej z knajpek w okolicy – Legvi Cafe, z zaskakująco nowoczesnym wnętrzem a przy tym z widokiem na Kanion Leghvtakhevi. Miejsce otaczają budynki związane z łaźniami i wypoczynkiem połączonym ze spa.




Główny budynek Łaźni Publicznej (Orbeliani Baths) zaskakuje bogactwem zdobień w roślinne i geometryczne wzory w stylu mauretańskim. Dookoła piętrzą się kolorowe budynki hotelowe „przyklejone” do skał kanionu z charakterystycznymi drewnianymi balkonami. Dodatkowo kanion malowniczo zamyka wodospad. Warto tu spędzić parę chwil.


Narikala
Wracamy spacerkiem przez miasto w stronę Mostu Pokoju. Po drugiej stronie rzeki znajduje się stacja kolejki linowej, którą wjeżdżamy na wzgórze Narikala. Sam przejazd kolejką robi ogromne wrażenie. Pokonuje ona spore przewyższenie a z okien wagonika pięknie widać panoramę całego Tbilisi.










Czerwone dachy i stare kościoły prawosławne przeplatają się z nowoczesnymi formami Mostu Pokoju i Sali Koncertowej Rike. Położone na klifie zabudowania historycznej dzielnicy Metekhi wyglądają obłędnie z tej perspektywy. Nad wszystkim czuwa Matka Gruzja – olbrzymi ale również symboliczny pomnik kobiety w tradycyjnym stroju.




Na górze zatrzymujemy się na lemoniadę w punkcie widokowym, żeby chłonąć widoki jeszcze raz w statycznym ujęciu. Potem eksplorujemy malownicze ruiny fortu Narikala oraz zaglądamy do Cerkwi św. Mikołaja – co prawda odbudowanej, ale z ładnymi, kolorowymi freskami.




Schodzimy ze wzgórza Narikala i spacerujemy po starym Tbilisi. Podziwiamy różnorodną architekturę i malownicze zakątki. Jednym z nich jest bajkowa Wieża Zegarowa przy Teatrze Marionetek Gabriadze. Wygląda na bardzo starą ale w rzeczywistości powstała w 2010 roku wg pomysłu założyciela teatru. Śmiesznie powykręcana, złożona jakby z przypadkowych elementów, kolorowa, z aniołkiem bijącym w dzwon o pełnej godzinie.





Nie możemy się powstrzymać i idziemy jeszcze dzielnicę dalej obejrzeć z bliska futurystyczną bryłę urzędu, którą widzieliśmy z kolejki linowej. Obok znajduje się Dedaena Park a w nim na samym nabrzeżu stoją budki bukinistów – miejscowych księgarzy. Wygląda zupełnie jak w Paryżu 🙂 Niestety wszystkie budki są dzisiaj zamknięte, może dlatego że to poniedziałek. Wracamy do centrum bo czas na posiłek.




Posileni, w drodze powrotnej zahaczamy jeszcze o Plac Wolności z posągiem św. Jerzego. W hostelu jesteśmy około 22 i już nie mamy siły na nic. To był intensywny dzień!



Dzień 11 | Tbilisi – Telawi
Rankiem żegnamy się z uroczym Hostelem Valiko a także z Tbilisi i ruszamy dalej. Chaczapuri w dłoń, pyszna kawa i kakao w hipsterskiej kawiarni (tak, Gruzja też takie ma) i do marszrutki.


Jedziemy do Kachetii, najbardziej na wschód wysuniętego regionu Gruzji, królestwa wina 🙂
Po przyjeździe zaczynamy od jedzenia. Jesteśmy strasznie głodni więc wybieramy pierwszą lepszą knajpkę i jemy przepyszną sałatkę gruzińską i chaczapuri lobiani. Telawi to już Gruzja prowincjonalna i nie wygląda na duże miasto, więc postanawiamy poszukać noclegu na piechotę. Chwilę to zajmuje ale w końcu trafiamy do przeuroczego guest house’u Sofia. Pani właścicielka wynajmuje nam duży, różowiutki pokój z narożnym balkonem.


Jest już późne popołudnie więc idziemy na miasto poszukać miejsca na podziwianie zachodu słońca. Po drodze przyglądamy się lokalnej architekturze i społeczności.



Oglądamy z zewnątrz masywne zabudowania zamku Batonisciche z XVII w. Obok niego znajduje się hotel Telavi z restauracją z tarasem, skąd rozpościera się piękny widok na okolicę. Zasiadamy na wieczorne winko w promieniach zachodzącego słońca. Powoli zmierzamy do naszego pensjonatu ale wieczór jest tak przyjemny, że nie chce nam się jeszcze spać. Po drodze obserwujemy, że ludzie zmierzają dalej, postanawiamy więc sprawdzić gdzie. Okazuje się, że kawałek za naszym pensjonatem jest park Nadikvari a w nim park rozrywki i pełno ludzi, zarówno dorosłych jaki i dzieci. Dzieciaki wskakują w gokarty i na kolejkę „gąsienicę”. Jemy lody i oglądamy stoiska z różnościami. W pensjonacie jesteśmy po 22 ale cieszymy się jeszcze chwilę naszym ślicznym balkonikiem.

Dzień 12 | Winnica Khareba – Gremi
Dzisiaj postanawiamy zwiedzić winnicę. Wybieramy Winnicę Khareba w Kwareli. Dostajemy się tam taksówką z Telawi. Taksówki w Gruzji to bardzo przystępna cenowo, wygodna i szybka forma komunikacji, dlatego dość często z tego korzystamy. W winnicy zamawiamy zwiedzanie z przewodnikiem i degustacją. Przemiła pani oprowadza nas po wydrążonych w skałach tunelach, które kiedyś były bazą wojskową a teraz są magazynem wina. Panuje w nich stała temperatura 14°C (na wejściu dostaje się kocyk do okrycia) i ciągną się kilometrami.



W jednym z tuneli przystajemy przed przygotowanymi do degustacji stołami. Próbujemy trzy rodzaje wina, przegryzając chlebkiem maczanym w oleju z winogron oraz serem, chociaż większość przekąsek zjadają dzieci 🙂






Po degustacji wina, wychodzimy na zewnątrz i w specjalnie przygotowanym miejscu pod wiatą uczymy się robić gruziński chleb i czurczchele. Jest przy tym świetna zabawa. Przygotowane wyroby dostajemy za chwilę do zjedzenia. Własnoręcznie wykonany i wypieczony w piecu tone chlebek w kształcie podłużnej łódki smakuje wybornie! Dzieciaki bawią się wyśmienicie nakładając masę z soku z winogron na orzechy nawleczone na sznurki. Pani przewodniczka zaprasza nas jeszcze na kieliszeczek czaczy – gruzińskiej wódki z winogron – który wypija z nami na pożegnanie.






W miejscowym sklepie kupujemy oczywiście kilka win (ze dwa docierają nawet z nami do Polski) i olej z winogron. Przepyszne białe wino kosztuje w przeliczeniu około 16 PLN …
W drodze powrotnej – również taksówką – zatrzymujemy się w Gremi. Wchodzimy na wzgórze z cerkwią, dzwonnicą i wieżą zamkową. Piękna, ceglana cerkiew z XVI w. skrywa dobrze zachowane freski. Zwiedzamy dawne zabudowania zamkowe a także dzwonnicę, z której rozpościera się wspaniały widok na dolinę Alazani.















Wracamy do Telawi. Znajdujemy knajpkę i siadamy na kolację w cieniu drzew przy zewnętrznym stoliku. Delektujemy się warzywami z grilla, faszerowanymi pieczarkami i zimnym piwem. Potem spacerujemy jeszcze trochę po miasteczku, podziwiając między innymi 900-letnie, największe drzewo, jakim szczyci się Gruzja.

Dzień 13 | Telawi – Uplisciche – Kutaisi
Rano żegnamy się z przemiłą właścicielką, która zamawia nam jeszcze znajomego taksówkarza. Decydujemy się na takie rozwiązanie, ponieważ koszt marszrutki dla naszej czwórki jest porównywalny z kosztem taksówki do Tbilisi… Łamanym rosyjsko-polsko-angielskim dogadujemy się z taksówkarzem, żeby zawiózł nas tam właśnie. Pomaga fakt, że jesteśmy z Polski, bo okazuje się że pan był kierowcą dowódcy garnizonu w Świętoszowie w latach 80-tych 🙂

Po drodze mijamy spalone słońcem pola uprawne oraz stada krów.

W Tbilisi łapiemy od razu marszrutkę do Gori. Mały busik po drodze zapełnia się na „pełny plus”. W wąskim przejściu są dodatkowe rozkładane foteliki, które zostają także wykorzystane. Tak podróżuje Gruzja!

Uplisciche
Naszym celem jest skalne miasto Uplisciche. W Gori, po krótkim posiłku na dworcu autobusowym, łapiemy taksówkę do skalnego miasta, przy czym od razu panowie z radością organizują nam również późniejszy dojazd do Kutaisi inną taksówką.
Uplisciche to skalne miasto wykute w kamiennym zboczu góry. Pierwsze z komór wydrążono w miękkiej skale blisko 3 tys. lat temu. W zachowanych ruinach można odnaleźć pozostałości kościołów, mieszkań a także magazynów i warsztatów rzemieślników.











Miejsce jest fascynujące i tajemnicze ale temperatura dochodzi do 40 stopni więc, żeby przeżyć musimy przemykać od jaskini do jaskini, żeby jak najmniej przebywać na palącym słońcu. Na nim wytrzymują tylko ciepłolubne jaszczurki.










Między skałami rozpościera się piękny widok na zakole rzeki Mtkwari a w oddali na szczyty Małego Kaukazu.






Z Gori do Kutaisi
Pełni wrażeń, ale też wykończeni temperaturą, wracamy do Gori, gdzie czeka na nas drugi taksówkarz z naszymi bagażami. Sprawna przesiadka i ruszamy w stronę Kutaisi. Trochę już przyzwyczailiśmy się do stylu jazdy Gruzinów, ale i tak, za każdym razem, nonszalancja w podejściu do przepisów, ograniczeń prędkości czy zachowania na drodze wprawia nas w zdumienie. W trakcie tej podróży osiąga apogeum.
Młody człowiek za kierownicą 20-letniego mercedesa ciśnie ze 150 km/h. W pewnym momencie słyszymy niepokojący ale też sugestywny dźwięk… Facet (nie zwalniając!) otwiera swoje drzwi i wygląda przez nie do tyłu. Okazuje się że pękła opona i potrzebna jest „wulkanizacyja”. Mimo nierównej nawierzchni i pagórkowatej drogi kierowca ani trochę nie zwalnia, twierdząc, że wtedy będzie gorzej. Gruziński rollercoaster. Jesteśmy raczej przerażeni. W międzyczasie kierowca przez komórkę ustala położenie najbliższego zakładu. Po kwadransie zjeżdżamy z autostrady z piskiem opon. Po dotarciu na miejsce, oddychamy z ulgą. Wymiana koła trwa chwilkę po czym znowu jesteśmy na trasie. Luzik. Dla Gruzinów to chyba zupełnie normalna sprawa.

Reszta podróży mija już bez przygód. Z okien obserwujemy przydrożne stragany z różnościami a także, ku naszemu miłemu zaskoczeniu, futurystyczną architekturę nowoczesnych budynków parkingowych projektu niemieckiego biura J.MAYER.H.



Kutaisi
W Kutaisi jesteśmy wieczorem. Na ostatnie dwie noce udaje nam się znaleźć nocleg w suterenie jednego z domów z pokojami na wynajem. Cena jest atrakcyjna, więc się decydujemy, chociaż w pokoju na ścianie wisi broń. Taka prawdziwa, myśliwska…
Pyszną kolację jemy w restauracji Palaty. Dostajemy super miejsce na niewielkim balkoniku, gdzie przy posiłku i winie możemy obserwować zapadający na ulicy zmrok. Tym razem lobio jest przykryte okrągłym, kukurydzianym chlebkiem. Wspaniałe podsumowanie tego intensywnego i pełnego przygód dnia, jaki zaserwowała nam ponownie Gruzja!




Dzień 14 | Kanion Okatse
Ostatniego dnia naszej gruzińskiej przygody wybieramy się do Kanionu Okatse. Uwielbiamy kaniony! Okatse to egzotyczne a przy tym mocno zadrzewione miejsce z wiszącymi kładkami, z których rozciągają się spektakularne widoki. Mimo iż skwar leje się z nieba, spacer po kanionie jest zachwycający.












Kulminacyjnym punktem wycieczki jest kładka widokowa, mocno wysunięta wspornikowo nad kanionem. Na trasie nie ma za wielu turystów, więc udaje nam się nawet przez chwilę być na niej tylko w czwórkę. Widoki zapierają dech w piersiach.

W Kutaisi zaglądamy jeszcze raz na targowisko, żeby pożegnać się z gruzińskimi smakami u źródła. Jedna ze ścian hali targowej wykończona jest ciekawym, rudym reliefem z lat 80-tych. Kupujemy sery, pomidory, ogórki, chaczapuri i cieszymy się tym dobrem w parku na ławce.
Następnego dnia wstajemy wcześnie rano, gdyż przed południem mamy lot powrotny do Wrocławia.


Gruzja to kraj pełen zaskoczeń, kontrastów oraz różnorodności. Są tu i dzikie góry z tajemniczymi kamiennymi wieżami, i morze z europejskimi kurortami, i głębokie kaniony i jaskinie, i egzotyczne ogrody, i starożytne skalne miasta a także wspaniała regionalna kuchnia i wino!
Była to niesamowita wyprawa. Do zobaczenia Gruzjo!




