Maroko – święta inne niż zwykle.
Wrocław – Agadir – Essaouira – Marrakesz – Ajt Bin Haddu – Warzazat – Tarudant – Agadir Al Massira – Wrocław
czas: 7 dni
termin: 21.12.2017 – 28.12.2017
Maroko – egzotyczny kraj, niby już Afryka ale jednak nie tak daleko. W tym roku Święta Bożego Narodzenia zaplanowaliśmy spędzić zupełnie inaczej. Skusiło nas nowe połączenie lotnicze z Wrocławia do Agadiru i spontanicznie kupiliśmy bilety. Liczyliśmy na to, że taka egzotyczna wyprawa będzie się podobała dzieciom nawet bardziej niż sierpniowa wycieczka na Maltę.
W Maroku byliśmy już w roku 2007, jeszcze bez dzieci, na dwutygodniowym objeździe. Była to niesamowita przygoda i chcieliśmy ten piękny, egzotyczny kraj pokazać teraz naszym dzieciom. W drogę!
Do Agadiru przylatujemy wieczorem, w hotelu przywitano nas od razu miętową herbatką i ciasteczkami. Takie początki lubimy. Idziemy jeszcze na przechadzkę po okolicy, żeby coś przekąsić. Wieczorny widok z okna nastraja nas pozytywnie na tą egzotyczną przygodę.

Dzień 1 | Agadir – pierwszy dzień w Maroko
Dzień zaczynamy od wyśmienitego śniadania w hotelu, w którym spaliśmy. Śniadania w Maroku to oddzielna kategoria doznań smakowych, inna niż wszystkie i za każdym razem jest to najwyższy poziom. Kawa, świeży sok wyciskany z pomarańczy, świeże pieczywo, naleśniki, dżemy, miody, omlety i to wszystko w promieniach zimowego, ostrego słońca. W zasadzie mogłoby starczyć na cały dzień. I tak często było – następny posiłek jedliśmy dopiero późnym popołudniem albo wieczorem.
Po sytym śniadaniu idziemy przywitać się z Atlantykiem. W Agadirze jest niesamowicie długa i szeroka plaża z gładkim piaskiem, było więc bardzo przestrzennie i pięknie. Dzieciaki biegają jak oszalałe uciekając przed falami, zbierając kamyczki, bawiąc się w piasku. Na plaży spotykamy miejscowego sprzedawcę obwarzanków. Jak słyszy, że jesteśmy z Polski rzuca w naszym języku „pogoda in Poland masakra” 🙂 Przyznajemy mu rację. Pogodę w Maroku rzeczywiście trafiliśmy wspaniałą. Cały czas słońce i bardzo ciepło w dzień, około 20 stopni. W nocy temperatura spadała i trzeba było mieć ciepły polar ale i tak rewelacja.





Trochę spacerujemy jeszcze po Agadirze, zaglądając do małego zoo w centrum ale celem na dziś jest Essaouira. Jedziemy autobusem, który przez pierwszą część trasy jedzie wzdłuż wybrzeża. Dzięki temu można podziwiać nadmorskie widoki, puste o tej porze roku plaże obmywane przez wysokie fale. Potem droga wije się malowniczo wśród wzniesień, pagórków, beżowo-brązowych zboczy, arganowych pól i kolorowych wiosek. Podróż przez podmiejskie Maroko mija bardzo szybko.






Essaouira
Do Essaouiry docieramy późnym popołudniem i meldujemy się w hotelu. Okazuje się, że pokój mamy na … dachowym tarasie (rooftop). Wieczorny widok na stare miasto piękny. Ruszamy od razu na rekonesans i jakąś kolację. W zasadzie w Maroku można żywić się miejscowym street foodem – gotowaną ciecierzycą w rożku z gazety, naleśnikami smażonymi na bieżąco i herbatą miętową na każdym kroku. Herbata miętowa jest tu nie tylko napojem ale i całą ceremonią.
Dzień 2 | Essaouira
O świcie budzą nas krzyki mew, ale tylko jedna osoba wstaje obejrzeć wschód słońca 🙂




Czas na śniadanie – wybieramy lokal w malowniczym podwórku na balkonie. Nikogo jeszcze nie ma ale bardzo uprzejmy kelner natychmiast nas zachęca do zajęcia miejsc. I jak zwykle dostajemy królewskie, marokańskie śniadanie. Po chwili dołącza do nas miła Austriaczka, która zwiedza Maroko w pojedynkę i gawędzimy sobie o wspaniałości Essaouiry.

Po tak przyjemnym poranku ruszamy nad morze. Tym razem dzieciaki nie odpuszczają, mimo iż woda jest całkiem chłodna, rzucają się w szał przeskakiwania przez fale. Jest to uroczy widok – plaża prawie całkowicie pusta, mocne słońce, wysokie, szumiące fale, cieplutko a to przecież 23 grudnia.








Po plażingu przychodzi czas na port. W Essaouirze jest całkiem spory port rybacki gdzie na naszych oczach odbywa się niezwykły spektakl – kolorowe kutry i niebieskie łódki przybijają do brzegu ze świeżym połowem, miejscowi kupcy od razu odbierają od rybaków ryby i inne morskie stworzenia, przekrzykując się przy tym i handlując. Część ze zdobyczy wystawia się na stołach, gdzie można je obejrzeć i kupić, a część ląduje od razu na ruszcie i można je zjeść. Podobno nie ma nic lepszego niż taka świeża rybka 🙂 Niektórzy zjedli a inni tylko się przyglądali temu żywemu teatrowi. Przy wyjściu można się skusić także na świeżutką ostrygę za grosze… Wśród tego wszystkiego wylegują się na słońcu spasione koty, które – jak sądzę – myślą, że już są w raju.






Z portu idziemy wzdłuż wybrzeża w stronę starego miasta podziwiając zabytkowe zabudowania portowe w promieniach zachodzącego słońca.


Essaouira po zmroku
Po zachodzie przychodzi czas na wieczorne błądzenie po zawiłych uliczkach Essaouiry, na których toczy się normalne życie mieszkańców. Można zajrzeć do warsztatów rzemieślniczych, w których są wytwarzane piękne przedmioty z drewna, popatrzeć przez otwarte drzwi jak starszy pan naprawia stary telewizor albo pooglądać kolorowe tkaniny w sklepikach. I zakończyć dzień herbatką miętową. Czujemy, że udało nam się znaleźć prawdziwe, nieturystyczne Maroko.






Dzień 3 | Essaouira – Marrakesz
Drugą noc w Essaouirze śpimy w innym hotelu, który znajdujemy spacerując po uliczkach. W okresie świątecznym Maroko odwiedza znikoma ilość turystów, więc noclegi można znaleźć bez problemu na miejscu. Za bardzo atrakcyjną cenę dostajemy pokój z antresolą i łazienką w klimatycznym, starym riadzie.



Po śniadaniu, żegnamy się z piękną Essaouirą i ruszamy autobusem w stronę Marrakeszu. To tam zjemy naszą wyjątkową wigilijną kolację.




Marrakesz – kwintesencja Maroko
Po przybyciu od razu udajemy się na poszukiwanie noclegu co już takie proste nie jest. Jest akurat początek ferii zimowych, do tego niedziela i bardzo dużo miejsc jest zajętych, głównie przez Marokańczyków. Ale udało się. Rzucamy plecaki i w miasto.
Kolację zaplanowaliśmy oczywiście na placu Jemaa el-Fnaa. Tego miejsca nie da się opisać żadnymi słowami… Byliśmy tu już 10 lat temu i wiedzieliśmy czego się spodziewać ale tym razem wrażenie jest nawet jeszcze większe. Ta mieszanka zapachów, widoków, okrzyków, nawoływań, dymu robi piorunujące wrażenie. To całe Maroko w jednym miejscu – plac, który jest kwintesencją i dymiącym sercem tego kraju. Do tego trafiamy w moment, w którym plac opanowany jest zdecydowanie przez miejscowych albo przyjezdnych z okolicznych miejscowości. Turystów jak na lekarstwo, więc jest bardzo egzotycznie.
Jemaa el-Fnaa słynie ze swoich otwartych restauracji – są to stanowiska do gotowania i jedzenia na powietrzu. Obok stanowisk znajdują się proste ławy i stoły, które obsługa nakrywa papierem. Zamawia się co się chce, najczęściej po prostu pokazując palcem.

Serwis jest szybki i dynamiczny. Obsługa podśpiewuje, przekrzykuje między sobą i wygląda jakby się świetnie bawili. Już samymi przystawkami można się najeść ale oczy chciałyby wszystkiego spróbować a zapachy pobudzająco drażnią zmysły. Można zjeść harirę za parę groszy i pójść dalej a można też trochę poszaleć 🙂 Więc poszaleliśmy. W końcu dziś Wigilia! Nie wiadomo kiedy stół przed nami wypełnia się w magiczny sposób warzywami z grilla, sałatkami, oliwkami, rybami, krewetkami, szaszłykami. Do tego kuskus, ryż i pyszne pieczywo. Ależ uczta!

Oczywiście ceny za konkretne dania nie są do końca sprecyzowane a system naliczania niezbyt jasny ale miejscowy folklor jest. A jedzenie pyszne!
Chwilę chodzimy jeszcze po placu przypatrując się różnym dziwnym i egzotycznym rzeczom. Postanawiamy jeszcze zakończyć herbatką na tarasie jednej z restauracji, żeby ogarnąć wszystko z góry. Wspaniały to jest wieczór.


Dzień 4 | Marrakesz – Ajt Bin Haddu
Mimo intensywnego wieczora zbieramy się rano dość sprawnie. Po drodze podziwiamy roślinne i geometryczne ornamenty na stropie i płytkach w hotelu, w którym spaliśmy.


Śniadanie mistrzów oczywiście na placu Jemaa el-Fnaa w promieniach porannego słońca. Obok jedyna polska rodzina jaką spotykamy w trakcie całej wycieczki przez Maroko.
Szwendamy się po zakamarkach medyny – starej części Marrakeszu – pełnej krętych uliczek wypełnionych sukami, sklepikami, światłem przebijającym przez trzcinowe zadaszenia, pięknymi rzemieślniczymi wyrobami z drewna, skóry, zapachami przypraw i świeżych ziół. Można to robić godzinami i się nie znudzić.


Czas jednak na dalsze przygody – naszym celem na dzisiaj jest Ajt Bin Haddu. Zatem w drogę – przez Atlas 🙂

Przeprawa autobusem przez Atlas Wysoki już sama w sobie jest niezwykłą przygodą. 10 lat temu, przed odjazdem, wszystkim podróżnym wręczano czarne torebki foliowe… W trakcie podróży okazało się, że niektórym się bardzo przydały. Drogi zawijają, pną się po zboczach, to w górę to w dół, na mijankach pojazdy ledwo się mieszczą, co chwilę jedziemy przy samej krawędzi przepaści, w autobusie trzęsie niemiłosiernie i do tego cały czas nawija skoczna marokańska muzyczka 🙂 Dla wytrwałych. Ale widoki i wrażenia niezapomniane. Oraz radość i duma, że się przeżyło!




Ajt Bin Haddu – egzotyczny skarb Maroko
Autobus nie dojeżdża do samego Ajt Bin Haddu, więc trzeba wysiąść wcześniej i wziąć taksówkę, która sama zjawia się znikąd. Po drodze zagadujemy taksówkarza o nocleg. Zawozi nas do bardzo fajnego pensjonatu gdzie, mimo późnej pory, dostajemy jeszcze pyszną kolację.
Dzień 5 | Ajt Bin Haddu – Warzazat
Rano ruszamy na zdobywanie Ajt Bin Haddu. Jest to przepięknie położona na wzgórzu, ufortyfikowana osada, tzw. ksar. Otoczona palmowym gajem, wśród pustynnych wzgórz i równin, które widoczne z góry ciągną się po horyzont, robi niesamowite wrażenie. Miejsce, wpisane na listę UNESCO, zagrało także w wielu filmach przygodowych. 10 lat temu byliśmy i tu i zdecydowanie chcieliśmy Ajt Bin Haddu zobaczyć jeszcze raz i pokazać dzieciom. Zrobiliśmy nawet kilka zdjęć w tych samych miejscach – ksar się nie zmienił za bardzo, my tak 🙂

Już poranny widok z tarasu pensjonatu robi wrażenie. Potem jest coraz lepiej. Żeby dojść do osady, trzeba przejść przez rzekę. Można mostem ale o tej porze roku najlepiej po kamyczkach bo rzeka jest praktycznie wyschnięta.

Następnie zanurzamy się w gęstwinę wąskich uliczek, glinianych zabudowań, skąpanych w zimowym słońcu pozostałościach osady. Raczej nie mieszkają tu już na stałe ludzie, ale kilku miejscowych rzemieślników sprzedaje swoje berberyjskie wyroby. A na uroczym, zadaszonym tarasie można napić się miętowej herbaty i odpocząć chwilę.







Ze szczytu rozciąga się zapierająca dech w piersiach, niczym nie zaburzona panorama okolicy.



Tuż obok Ajt Bin Haddu jest puste wzgórze. Warto się na nie wdrapać, żeby z kolei zobaczyć samą osadę z innej perspektywy oraz spektakularne widoki całej okolicy.



Nocleg zaplanowaliśmy w miejscowości Warzazat, gdzie docieramy po południu. Po krótkim rekonesansie zwiedzamy jeszcze piękną, zabytkową kazbę Taourirt, w której od wewnątrz można podziwiać wspaniale zachowaną, berberyjską architekturę.








Miejscówka w hotelu przy głównym placu, w samym centrum pozwala nam na wieczorną eksplorację lokalnych restauracyjek, targów i sklepików. Część męska zespołu podejmuje się skosztowania marokańskiego przysmaku – ślimaków 🙂


Dzień 6 | Warzazat – Tarudant
Wracamy powoli w stronę Agadiru, skąd następnego dnia mamy lot powrotny. Nie chcemy jednak zatrzymywać się znowu w Agadirze więc wybieramy położone niedaleko lotniska miasto Tarudant, które jest na trasie autobusu. Podróż trwa długo, jednak widoki rekompensują niewygody. Trasa prowadzi pograniczem Atlasu i pustynnych równin. Po drodze mijamy rozległe pola uprawne drzew arganowych – z których słynie Maroko – ze słynnymi kozami skubiącymi na nich liście i owoce, wyschnięte rzeki, dziwaczne formacje skalne, ruiny opuszczonych zabudowań.








Tarudant – Maroko poza szlakiem
Do Tarudantu docieramy popołudniem. Jest to Maroko zupełnie nieturystyczne, co ma swoje plusy i minusy. Hotel nie grzeszy czystością za to jemy najlepszy na tej wyprawie tadżin (zarówno mięsny jak i wegetariański) na placu Assarag. Dodatkową atrakcją są grupki lokalsów grające w jakieś miejscowe gry i zabawy. Mam wrażenie, że nie spotykamy żadnej „bladej twarzy” co sprawia iż pobyt w Tarudancie jest jeszcze bardziej egzotyczny. Dzień kończymy sokiem wyciskanym z bambusa. Pycha!
Dzień 7 | Tarudant – Agadir Al Massira
Zaczynamy od ostatniego śniadania w iście królewskim wydaniu – na placu Assarag, w promieniach słońca, z pysznym sokiem z pomarańczy. Potem spacerujemy po starej medynie, kupując pamiątki i zapamiętując atmosferę marokańskiego suku. Medyna otoczona jest wielkimi, zabytkowymi murami i warto się im poprzyglądać. Przed wyjazdem wracamy jeszcze do wczorajszego lokalu na tadżin i herbatę. Przy nawoływaniach muezzina, żegnamy Maroko. Mamy jednak wrażenie, że to nie jest nasz ostatni raz w tym niezwykłym kraju.
Autobus zawozi nas bezpośrednio na lotnisko Agadir-Al Massira. W nocy lądujemy we Wrocławiu ale dzieci i tak rozpakowują prezenty, które mimo naszej nieobecności i tak trafiły pod choinkę 🙂





