Portugalia

Majowa wycieczka z Faro do Porto.

Portugalia – majowa wycieczka z Faro do Porto.

Wrocław – Faro – Albufeira – Lizbona – Sintra – Porto – Wrocław

czas: 8 dni

termin: 01.05.2019 – 08.05.2019

Portugalia już od dawna siedziała nam w głowach. Na majową przerwę dzieci w szkole zaplanowaliśmy zatem aktywną wyprawę w ten region Europy. Skorzystaliśmy z połączenia do Faro oferowanego przez Ryanair, natomiast powrót zabukowaliśmy z Porto Wizz Air’em.

Dzień 1 | Faro – Albufeira

Lotnisko w Faro znajduje się tuż przy Parku Przyrody Ria Formosa. Przy lądowaniu z okien samolotu rozpościera się niesamowity widok na malowniczy system szmaragdowych kanałów i brunatnych wysepek.

Jedziemy od razu do Albufeiry. Na miejscu musimy trochę jednak poczekać na autobus. Zapuszczamy się trochę poza teren lotniska i chłoniemy pierwsze chwile w Portugalii przy zimnym piwie w lokalnej knajpce przy drodze.

Do Albufeiry docieramy wieczorem, idziemy coś zjeść a potem, zahaczając o prawie zupełnie ciemną już plażę, docieramy do naszego apartamentu. Jeszcze w domu rezerwujemy pokój na dwie noce w bardzo przyzwoitym Soldoiro Apartments.

Albufeira, Portugalia.

Dzień 2 | Albufeira i uroki Algarve

Rano Portugalia wita nas pięknym słońcem i widokiem na morze.

Albufeira, Portugalia.

Dzieciaki rwą się na plażing więc od razu ruszamy. Do plaży Praia da Oura mamy 200 m 🙂 Po drodze wchodzimy do knajpki na śniadanie. Słońce grzeje, jednak woda w morzu jest chłodna, ale dzieciom to nie przeszkadza – szaleją na materacu po falach cztery godziny. Gdy już czujemy że słońce nas wszystkich trochę przypiekło, zawijamy się w ręczniki i ruszamy na spacer skałkami.

Albufeira, Portugalia.
Albufeira, Algarve.
Albufeira, Algarve.

Widok obmywanych przez fale, postrzępionych skał i maleńkich plaż w zatoczkach jest nieziemski. Mimo pięknej pogody, nikogo w zasadzie tu nie ma i można się poczuć jak na odludnej planecie.

Dzieci co chwilę znajdują jakąś wyjątkową muszelkę albo inny przeciekawy, egzotyczny kwiatek.

Albufeira, Algarve.
Albufeira, Algarve.

Dochodzimy wybrzeżem aż do plaży Praia dos Pescadores i tam zagłębiamy się w uliczki Baixa de Albufeira – dzielnicy starego miasta z domami z bielonej cegły, restauracjami i sklepikami. Szukamy jednak jakiegoś mniej turystycznego miejsca na posiłek. I tak, w jednej z bocznych uliczek, trafiamy na niewielki, ale bardzo zachęcający lokal Prazeres. Siadamy na zewnątrz w promieniach popołudniowego słońca i zamawiamy paellę, krewetki oraz zimne, lokalne, białe wino. Mmmm… strzał w dziesiątkę!

Albufeira, Algarve.

Po przepysznym posiłku spacerujemy jeszcze po starym mieście. Robimy sobie symboliczne „tatuaże” z henny a także warkoczyki na włosach córki. Jest wesoło!

Dzień 3 | Albufeira – Lizbona

Przed południem ruszamy autobusem w dalszą drogę. Po niecałych trzech godzinach jesteśmy już w Lizbonie. Metrem dojeżdżamy do dzielnicy starego miasta Baixa. Szukamy noclegu, jednocześnie rozglądając się z zaciekawieniem dookoła. Łatwo nie jest. Mimo, iż to dopiero początek maja, w mieście są tłumy. Siadamy coś zjeść w jednym z lokali, ale okazuje się to kiepskim wyborem. Masowa turystyka ewidentnie przejęła tu stery…

W końcu udaje nam się znaleźć czteroosobowy pokój z łazienką w hostelu Golden Tram. Tanio nie jest, ale lokalizacja i widok z okna na charakterystyczną żeliwną windę Elevador de Santa Justa robią wrażenie.

Jest już późne popołudnie ale oczywiście idziemy na wieczorny spacer. Zagłębiamy się w uliczki Baixy oraz Bairro Alto. Jemy kasztany na placu Dom Pedro IV Square z efektownym brukiem ułożonym w falisty wzór i pijemy orzeźwiające drinki w Magote Bar.

Późnym wieczorem wracamy do hostelu. Widok na oświetloną windę, która wydaje się być na wyciągnięcie ręki, jest imponujący.

Dzień 4 | Lizbona

Skoro świt – czyli w okolicach 9 rano 🙂 – sprawdzamy przez okno jak sytuacja z kolejką do windy. Niestety już jest i to długa. W zasadzie kolejka do windy jest cały dzień, a stać w kolejkach nie lubimy, więc na razie odpuszczamy tą atrakcję.

Po hostelowym śniadaniu idziemy na kawę do Café A Brasileira – jednej z najstarszych kawiarni w Lizbonie. Mimo tłumu turystów przed lokalem, atakujemy odważnie środek. Przysiadamy w pięknym, historycznym wnętrzu na pyszne espresso.

Idziemy spacerkiem w stronę Alfamy, jednej z najstarszych dzielnic Lizbony, ze stromymi uliczkami i słynnymi tramwajami, z których słynie Portugalia.

Alfama – Portugalia w kolorach azulejos

Zaglądamy do wnętrza katedry Sé z XII w. i pniemy się pod górę krętymi, urokliwymi uliczkami Alfamy, zaglądając co chwilę w witryny sklepików, okna mieszkań i hotelików a także otwarte drzwi lokali.

Wolnym krokiem docieramy do kościoła Igreja de Santa Luzia oraz tarasu widokowego przy nim, z którego rozpościera się spektakularna panorama Lizbony i rzeki Tag. Siadamy w małej kafejce na tarasie, żeby w cieniu ochłodzić się trochę przy zimnych napojach.

Lizbona, Portugalia.

Idziemy pod górę, w stronę zamku św. Jerzego. Zachwycając się słońcem, kolorami, kształtami, płytkami Azulejos na każdym kroku a nawet drobnym, dowcipnym street-artem. Portugalia eksploduje tutaj swoim artystycznym klimatem.

Lizbona.

Dochodzimy do zamku jednak kolejka czekających na wejście nas odstrasza. Innym razem… Obchodzimy wzgórze zamkowe dookoła eksplorując dalej wąskie, kolorowe uliczki. Na jednym z balkonów dwoje młodych ludzi daje kameralny koncert. Obserwujemy jak żółte tramwaje mozolnie pną się pod górę, mijając się na centymetry w wąskich uliczkach.

Tramwaj nr 28

Docieramy do przystanku początkowego słynnej linii tramwajowej 28 na placu Martim Moniz. Kolejka oczywiście jest ale postanawiamy jednak tym razem spróbować. Siadamy w cieniu drzew i czekamy na odpowiedni moment. W końcu się udaje. Ruszamy. Jest to zabawna przejażdżka. Może nie jakaś zachwycająca, ani specjalnie wygodna ale jednak dość niezwykła. Podróż trwa około 40 minut, wysiadamy na Praça Luís de Camões i zapuszczamy się w dzielnicę Bairro Alto w poszukiwaniu jakiejś fajnej knajpki. Niestety znowu bez sensacji. Wszystko wygląda na bardzo turystyczne i tym samym zupełnie nie zachęcające lokale. Decydujemy się na włoską restaurację na uboczu. Winko pyszne.

Potem trafiamy do Principe Real garden – fajnego, zadbanego parku z różnymi stoiskami z jedzeniem a w drodze powrotnej na zachód słońca na taras widokowy Miradouro de São Pedro de Alcântara. Jest już po 21, zrobiliśmy chyba z milion kilometrów. Wracając do hostelu trafiamy na Klasztor Karmelitów z malowniczymi ruinami kościoła, zniszczonego przez trzęsienie ziemi. Okazuje się, że to tu właśnie prowadzi słynna winda Santa Justa. Z tej strony nie ma kolejki 🙂

Lizbona.

Podziwiamy z góry oświetloną ulicę i całą dzielnicę Baixa. Widać oczywiście także nasz hostel.

Lizbona, Portugalia.

Zjeżdżamy windą i idziemy od razu spać.

Dzień 5 | Sintra

Dzisiaj jedziemy pociągiem do Sintry – niewielkiego miasteczka położonego niedaleko Lizbony, słynącego ze spektakularnych pałaców. Zaczynamy od gotyckiego Pałacu Narodowego Sintra z białymi elewacjami, czerwonymi dachami a także dwoma, śmiesznymi kominami w kształcie olbrzymich stożków.

Pałac zwiedzamy jednak tylko z zewnątrz, obchodzimy dookoła i zaglądamy do ogrodów. Nasz budżet pozwala nam wybrać tylko jedną płatną atrakcję w tym miejscu. Decydujemy się na Quinta da Regaleira – pałac z rozległym parkiem. Uważamy, że dzieciakom mogą spodobać się parkowe, tajemnicze budowle.

Quinta da Regaleira – Portugalia tajemnicza

I jest to strzał w dziesiątkę. Zespół pałacowo-parkowy jest jak wyjęty z bajki. Na wejściu dzieciaki dostają mapkę z oznaczonymi wszystkimi miejscami do zobaczenia. Jest ich mnóstwo. Tak się wciągają, że nie możemy z nimi nadążyć. W parku, wśród bujnej zieleni, stawików i kładek nad wodą, ukrytych jest wiele budowli o tajemniczych kształtach, sztuczne groty, fontanny a także podziemne przejścia.

Quinta da Regaleira, Portugalia.

Mimo sporej ilości turystów, park robi piorunujące wrażenie. Dzieciaki są zafascynowane odkrywaniem wciąż nowych tuneli i przepraw – raz przez kładkę, raz po kamieniach bezpośrednio nad wodą.

Quinta da Regaleira.
Quinta da Regaleira.
Quinta da Regaleira.

Na koniec dochodzimy do pałacu, który także wygląda jak wyjęty z bajki o Królewnie Śnieżce. Z wież rezydencji rozpościera się piękny widok na park i na wzgórze z zamkiem w oddali.

W Quinta da Regaleira spędzamy prawie trzy godziny. Jest to wyśmienicie spędzony czas. Spacerujemy jeszcze po stromych uliczkach Sintry przyglądając się sklepikom z pamiątkami i kawiarenkom.

Wieczorem wracamy do Lizbony. Na kolację serwujemy sobie solidną porcję pastéis de nata – babeczek budyniowych, z których słynie Portugalia. Trafiamy do lokalu Fábrica da Nata, na placu Praça dos Restauradores, gdzie babeczki jeżdżą specjalnym wyciągiem nad głowami gości. Bardzo fajne! Z okna hostelu – po raz ostatni już – zachwycamy się widokiem na koronkową, pięknie oświetloną windę Santa Justa.

Dzień 6 | Z Lizbony do Porto

Żegnamy się z Lizboną, pijąc pyszną kawę w Fábrica Coffee Roasters i lecimy dalej. Podróż autobusem do Porto trwa prawie cztery godziny ale za to udaje nam się wynająć super mieszkanko w dzielnicy Bolhão, w bardzo atrakcyjnej cenie na dwie noce – Casa de Cristal. Przy naszej ulicy znajduje się Capela das Almas – kaplica z obłędną fasadą wyłożoną prawie w całości biało-niebieskimi kaflami ze scenami z życia świętych. Mijamy ją więc i w dzień i wieczorem i za każdym razem robi ogromne wrażenie.

Idziemy na popołudniowo-wieczorny spacer. Zapuszczamy się w kręte uliczki starego miasta, a kolorowe płytki azulejos, którymi atakuje nas na każdym kroku Portugalia, przyprawiają o zawrót głowy.

Ponte Dom Luís I

Idziemy w stronę słynnego metalowego mostu Ponte Dom Luís I, przecinającego rzekę Duero. Zarówno sam most jak i widoki z niego się rozciągające są spektakularne.

Ponte Dom Luís I, Porto.

Z mostu jak na dłoni widać Cais da Ribeira, malowniczą promenadę na prawym brzegu Duero oraz Vila Nova de Gaia na lewym. To już w zasadzie odrębne miasteczko, słynące z butelkowania win typu porto.

Porto.

Zajrzymy tam jutro, a tymczasem wracamy na Starego Porto, przez ulicę Escadas do Codeçal, którą wcześniej wypatrzyliśmy z mostu. Jest to wąska uliczka, gęsto zabudowana starymi kamienicami, która w większości biegnie po schodach. Najbardziej zaskakującym widokiem jest tu jednak widziany od spodu stalowy most. W tej części miasta spotkamy też wiele ciekawych przykładów graffiti.

Jest już dość późno więc powoli wracamy. Na posiłek i dłuższą chwilę kontemplacji zatrzymujemy się w jednej z restauracji na tętniącym wieczorną, radosną atmosferą placu Largo São Domingos.

Porto.
Porto.

Dzień 7 | Porto

Po solidnym śniadanku w naszym przytulnym apartamencie ruszamy na dalszą eksplorację Porto. Zaczynamy od bogato zdobionego, barokowego Kościoła Kleryków – Igreja e Torre dos Clérigos – z charakterystyczną dzwonnicą, sięgającą wysoko ponad dachy okolicznych kamienic.

Po drodze odkrywamy sklep z sardynkami w puszkach. Niezwykły sklep oczywiście. Oprócz każdego rodzaju sardynek, można także zakupić puszkę z oznaczoną ważnym dla nas rokiem urodzenia. Nie jest to naturalnie data produkcji tylko taka dekoracja, idealna na pamiątkę, z czego oczywiście korzystamy i kupujemy parę sztuk.

Porto.

Trafiamy na punkt widokowy przy kościele Saint Lawrence ze wspaniałym widokiem na kamieniczki starego miasta.

Porto.

Rua do Barredo

Z Saint Lawrence schodzimy na zupełnie obłędną uliczkę Rua do Barredo, która jest malowniczą wariacją na temat wysokości, schodów a także alternatywnej szerokości ulicy.

Nie można przestać zachwycać się tym szalonym połączeniem kamiennych, wysokich parterów kamieniczek, kolorowych fasad powyżej, niezliczonej ilości schodów, zakrętów i wąskich przesmyków. Kamieniczki zabudowane są tak gęsto, że w niektórych miejscach zapewne można sobie przez okna sąsiednich budynków podać cukier.

Między budynkami zwisa pranie, świecą anteny satelitarne, w oknach wiszą firanki – znak, że ewidentnie mieszkają tu zwykli ludzie. Tu jest prawdziwa, codzienna Portugalia, nie tylko turystyczna. Niesamowite doświadczenie. Bardzo powoli, chłonąc każdy piękny zakamarek, schodzimy do Cais da Ribeira i przechodzimy na drugą stronę Duero. Tym razem dołem – bo most jest dwupiętrowy. Trochę pada ale jest przyjemnie.

Vila Nova de Gaia – Portugalia smakuje porto

Na promenadzie w Vila Nova de Gaia podziwiamy cudne, drewniane łódki barcos rabelos, którymi niegdyś transportowano wino do piwnic przy ujściu rzeki. Na tle panoramy Cais da Ribeira i całego Porto wyglądają zjawiskowo.

Porto.
Porto.

Czas na przerwę i przeczekanie pod dachem gorszego momentu pogody. Idziemy wzdłuż promenady, zaglądając do licznych restauracji skupiających się głównie wokół wina porto i jego celebracji. Nie decydujemy się jednak na wejście do żadnej z nich i wtedy przed nami pojawia się Mercado Beira-Rio. Wchodzimy. Okazuje się, że jest to rodzaj rynku ale w zupełnie nowym, innowacyjnym wydaniu. W dużej, jednoprzestrzennej hali ustawione są stanowiska z warzywami, owocami, rybami i innymi lokalnymi specjałami. Między nimi są stoiska restauracyjne a także z napojami i lokalnym alkoholem. Pośrodku jest ciąg prostych ław i stołów, przeznaczonych do konsumpcji. Cóż za odkrycie! Spełnienie marzeń dla eksploratora regionalnych smaków.

Wewnątrz hali jest całkiem sporo ludzi a luźna, niezobowiązująca atmosfera zachęca do wędrówki od stoiska do stoiska i degustacji regionalnej kuchni. Zaczynamy od porto 🙂 To przecież czysta Portugalia w kieliszku! Testujemy różne kolory i odmiany. Do tego oczywiście oliwki, miejscowy ser, sałatki. Dzieciaki latają z sałatkami owocowymi. Co chwila właściwie można sobie coś nowego dobrać i skosztować. W Mercado Beira-Rio siedzimy ponad dwie godziny aż już nie mamy w brzuszkach miejsca na nic.

Decydujemy się jeszcze na wizytę w sklepie winnicy Quevedo Port Wine i zakup dwóch butelek porto, które polecą z nami do Polski.

Porto.

Kolejka linowa Teleférico de Gaia

Wybrzeże Vila Nova de Gaia oraz panoramę Porto można podziwiać też z kolejki linowej, która prowadzi z portu przy Mercado Beira-Rio do górnej części miasteczka przy wejściu na Ponte Dom Luís I. Oczywiście nie przepuszczamy tej okazji. Widoki, mimo deszczowej aury, są fascynujące. Stojące w równym rzędzie barcos rabelos, czerwone dachy budynków portowych i kolorowe fasady kamieniczek elegancko spina stalowa ale koronkowa konstrukcja mostu.

Porto.
Porto.

Po przejściu przez most kierujemy się do monumentalnej katedry z XII w. – Sé Catedral. Budowla robi wrażenie, nie udaje nam się jednak zdążyć na czas aby pozwiedzać ją wewnątrz. A szkoda, bo skrywa piękne gotyckie krużganki.

Porto.
Porto.

Kawałek dalej wchodzimy na zatłoczoną stację kolejową Porto-São Bento z pięknymi dekoracjami z bogato zdobionych płytek azulejos w głównym holu. Azulejos mijamy zresztą na każdym kroku, zdobią nawet zwykłe głazy!

Porto.

Dzień 8 | Porto

W trakcie spacerów wybrzeżem rzeki Duero nie umknęła naszej uwadze niesamowita linowo-terenowa kolejka, która jedzie stromo pod górę. Zaraz po śniadaniu i spakowaniu się (to nasz ostatni dzień w Portugalii) ruszamy więc w jej kierunku. Postanawiamy wjechać kolejką pod górkę a potem z górki zejść. Ta opcja wydaje nam się bardziej przyjazna, chociaż kolejką można też oczywiście zjechać. Dolna stacja kolejki Funicular dos Guindais znajduje się tuż przy przęśle mostu Ponte Dom Luís I. Przejazd jest szybki ale bardzo atrakcyjny. Przeszklone wagoniki pną się stromo pod górę wzdłuż średniowiecznych murów obronnych Muralha Fernandina. Na górze podziwiamy jeszcze przez szybę jak dwa wagoniki przejeżdżają obok siebie na niewielkiej mijance.

Z górnej stacji kolejki wychodzimy bezpośrednio na kolejną magiczną „schodową” uliczkę – Escada Dos Guindais. Schody prowadzą w dół coraz bardziej zwężającej się zabudowy nad samo wybrzeże. Nad głowami powiewa nam pranie, do nóg łaszą się koty a w tle nad wszystkim góruje monumentalny, stalowy most.

Ponownie przechodzimy mostem do Vila Nova de Gaia i idziemy wzdłuż lewego brzegu rzeki jeszcze dalej na zachód. Obserwujemy drewniane łódki w dokach, gdzie są naprawiane i malowane. Okazuje się, że w tej części wybrzeża jest śliczny drewniany, spacerowy chodnik zawieszony nad samą wodą, z którego można podziwiać panoramę Porto.

Porto, Portugalia.
Porto, Portugalia.

Powoli wracamy. Przed wyjazdem zaliczamy jeszcze słynne lokalne danie – Francesinha. Jest to rodzaj kanapki z chleba tostowego, zapieczonej pod warstwą sera i pływającej dodatkowo w pomidorowym sosie. Taki lokalny fast food. Smak i wygląd raczej dyskusyjne 🙂

Ostatnie westchnienia pod mostem Ponte Dom Luís I, ostatnie uchwycone na pamiątkę kolorowe azulejos i wracamy. Metrem dojeżdżamy bezpośrednio na lotnisko i w nocy jesteśmy w domu.

Portugalia jak azulejos

Portugalia jest jak azulejos. Zaskakuje obłędnymi kolorami, różnorodnością formy i udanym miksem starego z nowym. Kraj oczarował nas przepięknym, skalistym wybrzeżem Algarve a także tajemniczymi budowlami w Quinta da Regaleira. Trochę inne mamy odczucia w stosunku do kuchni. Na pewno nie jest to kraj dla wegetarian… Tu królują owoce morza i mięso. Jak ktoś lubi to raj, jak nie to nawet o lokalnego pomidora trudno. Zupełnie inaczej niż w Gruzji albo Neapolu 🙂 Ale i takie są uroki podróżowania.